piątek, 31 stycznia 2025

MROCZNY PIĄTEK: OBSERWATORZY, A.M. SHINE

Horror z wykorzystaniem folkloru ludowego, to coś wobec czego nie warto pozostać obojętnym. Zwłaszcza w przypadku zekranizowanych rok temu Obserwatorów A.M. Shine'a.


Mina to młoda artystka borykająca się z problemami osobistymi. Szansę na łatwy zarobek proponuje jej przyjaciel. Ma tylko dostarczyć papugę i zgarnąć sporo euro. Tyle, że w pobliżu lasu psuje się jej samochód i musi szukać schronienia w lesie. Szybko przekonuje się, że jest tam grupa osób, a nieformalna przywódczyni proponuje nowo poznanej Minie udanie się z nimi do bunkra, gdyż pozostawanie na zewnątrz źle się skończy. W leśnych gąszczach czają się ci, co nocą udają się na polowanie. Sama Mina przekona się szybko o realności zagrożenia ze strony tajemniczych istot, zwanych Obserwatorami.


Mamy tu wszystko to, co potrzebne do zbudowania nastroju grozy i sprawienie, że poczujemy się niekomfortowo. Jest bowiem las, który patrzy, osacza i nie pozwoli na jego opuszczenie. Gdzieś pośród leśnych gąszczy, ktoś obserwuje każdy krok i tylko czeka na odpowiedni moment do ataku. W kontrze do nich staje czwórka ludzi o różnych temperamentach i niejednokrotnie zmuszonych podejmować trudne decyzje. Zwłaszcza Madaline, która stoi na ich czele nie tylko nie zyskuje naszej sympatii, ale dowodzi w sposób bezwzględny. Pierwsza i podstawowa zasada nie wolno opuścić bunkra i pozwolić na pozostawienie otwartych drzwi. Dodatkowo wykorzystany zostaje irlandzki folklor, wierzenia o magicznym ludzie wcale, ale to wcale nie będącym przyjaźnie nastawionym. Nie mogę niestety więcej zdradzić, ale to właśnie oni są tymi pozostającymi w ukryciu i czają pośród drzew. Wywołują ten niepowtarzalny nastrój tajemniczości i niepewności, czy przypadkiem nie są tylko wytworem wyobraźni. Wywołują lęk, są drapieżni, bezwzględni i okrutni dla ofiar. Z drugiej strony przymusowy bunkier w którym nie tylko dochodzi do dość mocnych interakcji między czwórką przebywających w nim osób, wywołuje klaustrofobię, z biegiem akcji coraz bardziej jest się przekonanym, że z lasu nie ma drogi ucieczki. Kto raz udał się do niego, ten już pozostanie w jego szponach.


Podstawowe zatem pytanie, czy Obserwatorzy straszą. Odpowiedź nie jest taka oczywista. Ci, co cierpią na dendrofobię odczują paniczny strach przed bezwzględnoscią lasu, przed tym co niezauważalnie czai się pośród drzew, obserwuje każdy krok i nie pozwoli, aby sekret puszczy opuścił ją. Dla mnie osobiście to straszy w sposób subtelny. Nie od razu A.M. Shine odkrywa wszystkie karty, lecz robi to w stopniowo, bardziej koncentrując się na tajemnicy i beznadziejności położenia. Prawdziwą pełnokrwistą grozę zostawia na koniec, a zwłaszcza w finale wbijającym dosłownie w fotel. Nieoczekiwanie odwołuje się do irladzkiego folkloru i przerabia go na własnych zasadach. To on straszy najmocniej, on najbardziej oddziaływuje na wyobraźnię.


A.M. Shine to autor, którego prozy jestem ciekawy. Który intryguje podobnie do J.H. Markerta. Ma własny styl snucia opowieści grozy, wywołuje ten rodzaj strachu na długo pozostającym w pamięci. Sprawia, że powieść czyta się jednym tchem. Mam nadzieję, że jeszcze nie jedna jego książka ukaże się w Polsce.


Polecam. 

Moja ocena 8/10



                  Wydawanictwo Muza

czwartek, 30 stycznia 2025

PRZYJDĘ PO CIEBIE NOCĄ, HEATHER GUDENKAUF

Samotnie położony dom na odludziu staje się świadkiem pełnych mrożących krew w żyłach wydarzeń w thrillerze Heather Gudenkauf Przyjdę po ciebie nocą.


Wylie Lark, autorka true crime i zmaga się z trudną relacją z synem, szuka spokojnego zacisza do dokończenia pisania książki, a znaleźć go ma w samotnie położonym domku w lesie. Jeszcze tej samej nocy po przyjeździe znajduje w pobliżu chatki zamarzniętego chłopca. Dziecko jest jakieś dziwne. Nic nie mówi, a jego zachowanie może być dla kobiety niebezpieczne. Nie wie skąd się wzięło, ani gdzie są jego rodzice. Chcąc wyjaśnić zagadkę wkracza w samo serce wydarzeń, które zburzą oczekiwany spokój i zmuszą ją do zmierzenia się z mroczną tajemnicą.


Nie ma nic lepszego niż misternie skonstruowany dreszczowiec. Tak jest właśnie w tym przypadku. Otrzymujemy trzy wątkową powieść, w której od pierwszych stron można oczekiwać potęgującego się napięcia. To, co miało być bezpiecznym i cichym azylem od codziennych trosk, zmienia się w mrożące krew w żyłach arenę coraz to niepokojących zdarzeń. Niepozorna rozrywka grupki nastolatków przynosi znamienny ciąg wydarzeń koszmar. U Gudenkauf napięcie i potęgujący niepokój rośnie powolutku. Nie od razu odkrywa wszystkie karty, ale stopniowo przykuwa uwagę czytelnika, aż w finale doprowadza do palpitacji serca. Buduje swą opowieść na zwykłych ludziach, na pozornie bez znaczenia rzeczach, a jednocześnie im bardziej przyglądamy się jej bohaterom, tym bardziej rośnie niepokój, potęguje się tajemnica i uczucie klaustrofobii. Niepostrzeżenie orientujemy się, że nie ma ucieczki od zagrożenia, które rośnie z strony na stronę. Co ciekawe to wcale nie Wylie jest tą, która najbardziej przykuwa uwagę czytelnika. Podobnie do czytelnika nie rozumie, że dziwne spotkanie porzuconego na odludziu dziecka jest w stanie zburzyć spokój, a nawet ściągnąć nie lada problemy, które zagrożą jej życiu. Przy czym sam chłopiec z minuty na minutę wcale nie przypomina zagubionego, jest w nim coś, co niepokoi i intryguje. Pociąga z sobą kolejne wydarzenia, staje się przyczynkiem do poznania prawdziwego koszmaru. To co przeraża, to wiarygodność samej opowieści. Nawet przez chwilę nie ma się wrażenia, że przecież to tylko fikcyjna historia, ale jest tym to, co nie tylko może, ale i ma miejsce w rzeczywistości i co staje się udziałem niejednej niestety rodziny. Gudenkauf zupełnie nieoczekiwanie wrzuca w dramat rodziny, w masakrę na zawsze zapisującą się w pamięci i która na zawsze już będzie spędzać sen z oczu. Jednocześnie daje nam takich bohaterów, na których nam zależy, a ich los nie jest obojętny.


Heather Gudenkauf serwuje mocny thriller, który czytamy z potęgującą się ciekawością i od którego trudno się oderwać. Idealnie gra na emocjach, dotyka najbardziej bolących miejsc zarówno u bohaterów, jak i czytelniku. To jedna z tych opowieści, które wywołują szybsze bicie serca, wytrącają poczucie komfortu i sprawiają, że cierpnie skórka. To mocny thriller, który docenią z pewnością najwięksi wyjadacze gatunku.


Polecam. 

Moja ocena 8/10



                  Wydawanictwo Mova

wtorek, 28 stycznia 2025

ŻYCIE, KTÓREGO NIE WYBRAŁAM. KELLY RIMMER

Poruszająca historia dwóch rodzin na tle burzliwych wydarzeń lat 30 XX wieku i wojennych, oraz powojennego eksperymentu w najnowszej powieści Kelly Rimmer Życie, którego nie wybrałam.


Huntsville, rok 1950. Po wojennej zawierusze małżeństwo Sofie i Jurgena Rhodesów ponownie może połączyć się. Niby koszmar minął. On ma zająć się pracą naukową na rzecz rządu USA, tyle, że nic nie jest takie, jak powinno być. Najmłodszy z dzieci, Felix boi się zbliżyć do ojca, a córka Laura wyrzekła się kontaktu z rodzicami. Na domiar złego nowi sąsiedzi wyraźnie dają znać, że nie życzą sobie ich obecności w miasteczku.

Berlin, lat 30. W Niemczech do władzy dochodzą naziści i z każdym dniem sieją coraz większy terror. Celem ich zainteresowań staje się  Jurgen, którego za wszelką cenę i wszelkimi metodami zamierzają zmusić do budowania rakiet mających udać się na Księżyc. Kiedy wydaje się, że jest w stanie odrzucić propozycję, poukładane życie Rhodesów z każdym dniem rozsypuje się, a zagrożenie ze strony władzy rośnie. Zwłaszcza dla przyjaciółki domu żydowskiego pochodzenia, Mayim.

USA, lat 30 XX wieku Lizzie wraz z bratem i rodzicami mieszka na rodzinnej, podupadającej farmie. Sytuacja na skutek suszy z dnia na dzień pogarsza się i rodzina nie ma czym spłacić długów. W końcu kłopoty ekonomiczne doprowadzają do tragedii i nieuniknionych zmian.

Kiedy wydaje się, że zarówno Sofie i Lizzie mają za sobą, piekło wojny daje o sobie znać i łączy losy ich rodzin. 


Nie ma, co ukrywać, że do powieści historycznych mam ogromną słabość. Zwłaszcza tych, pokazujących życie zwykłych ludzi uwikłanych w wir historycznej burzy. Do takich właśnie opowieści zalicza się Życie, którego nie wybrałam. To nie tylko saga rodzinna pełna dramatów i walki o przetrwanie rodziny, ale przede wszystkim stanowi rozrachunek, jaki Kelly Rimmer dokonuje z historią. Inspiracją dla niej był projekt Paperclip polegający na zaproszeniu w latach 50 niemieckich naukowców do prac na rzecz lotu w kosmos. Od początku był dwuznaczny moralnie, gdyż wygodne życie w Ameryce dostali członkowie partii nazistowskie, często pracujący w obozach zagłady. Na tym Rimmer buduje swą opowieść nieustannie oddając głos obu stronom konfliktu. Niemce, Sofie przedstawiającej konieczność bronienia rodziny za wszelką cenę i Lizzie oskarżającej niemieckich sąsiadów o zbrodnie nazistów. Samej autorce zdecydowanie bliżej do racji Amerykanki, co w posłowiu daje wyraz. Czytając jednak powieść kwestia moralna nie jest do końca taka jasna. Z jednej strony obserwujemy terror nazistów, prześladowanie Żydów i tych, którzy stawiają władzy opór z drugiej strony Amerykę białych i szykanującą nie tylko obcych, ale i ludzi innego koloru skóry. Jednocześnie kraj mający dać powrót do normalności, staje się nowym piekłem, a niebezpieczeństwo przybiera tylko inne barwy. Rodzina przez dwadzieścia lat żyjąca w permanentnym strachu, szykanowana, próbująca ratować najmniejszy skrawek prywatności staje jednocześnie współwinna tragedii milionów ludzi. Stąd też rodzi się nieustannie przewijająca kwestia, czy dla ratowania własnego życia i bliskich można zgadzać się i brać udział w zbrodni przeciw ludzkości. Czy walka o przetrwanie tłumaczy kompromis eksterminacji innych. Tylko, że piłeczkę można odbić i postawić pytanie co ty zrobiłbyś na miejscu tego, którego tak łatwo potępiasz. Jednocześnie Rimmer dodaje trzecią stronę dramatu, weterana wojennego Henry'ego, który mimo upływu lat nie potrafi zapomnieć tego, czego stał się świadkiem.


To, czego Kelly Rimmer nie można odmówić to niezwykła wręcz dbałość o wierne odmalowanie dziejów. Na przemiennie obserwujemy to, co działo się w hitlerowskich Niemczech i wielki kryzys gospodarczy w USA. Zarówno jedno, jak drugie odbiło swe piętno. Na skutek rządów Hitlera doszło do szeroko zakrojonej indoktrynacji dzieci - modlących się nawet do Furhera, indoktrynacji, teroru i rozpadu wszelkich relacji społecznych. Przymusowe rozstania i nieufność nawet do wczorajszych przyjaciół. A przede wszystkim walka tych, co sprzeciwili się nazistom o zachowanie namiastki chociaż normalności i człowieczeństwa. Natomiast kryzys w Ameryce doprowadza do szukania nowego domu i walki o przetrwanie.


Życie, którego nie wybrałam to powieść wzbudzająca wiele kontrowersyjnych odczuć. Przeraża okrucieństwem, wywołuje skrajne emocje i sprawia, że kiedy zaczniecie czytać, to nawet się nie zorientujecie, jak wpadliście niczym śliwka w kompot. Od tej powieści po prostu nie sposób się oderwać.


Polecam. 

Moja ocena 8/10



          Wydawanictwo Znak Horyzont 

piątek, 24 stycznia 2025

MROCZNY PIĄTEK: BALLADY MORDERCÓW I INNE OPOWIADANIA, MARIUSZ WOJTECZEK

Opowiadania grozy z nutką muzyczną Nicka Cave'a w tomie Mariusza Wojteczka Ballady morderców i inne opowiadania. Zbiór ten inspirowany jest płytą tego australijskiego muzyka, a dwie opowieści odnoszą się do twórczości Króla Horroru, Stephena Kinga. 


Tomik podzielony jest na dwie części. Pierwsza wyraźnie w rytm muzyki Nicka Cave'a obrazująca różne sylwetki tytułowych morderców i tego jak dochodzi do samej zbrodni. I tak mamy to szeroką galerię postaci. Pojawia się ZOMO-wiec chodzący codziennie do baru mlecznego, zgwałcona przez grupę górników kobieta, czy kobieta zabijająca mężczyznę, który przestał ją kochać. Teksty są krótkie, zwarte pełne liryzmu, onirycznych rytmów i melancholii, za tym i tymi, co przeminęli. Za tą chwilą, która nigdy już nie powróci. Pełno tu tęsknoty za utraconą miłością, buntu przeciw rzeczywistości, zagubienia w nowych realiach lub po przeżytej traumie. Wojteczek zestawia niewinność z okrucieństwem zbrodni. Druga część to już bardziej przypomina grozę sensu stricto i widać nie tylko odniesienia do klasyki gatunku, zwłaszcza do weird fiction, ale również wspomnianego Stephena Kinga. Pojawiają się między innymi dziwne monstra, wampiry, czy złowroga kingowska mgła. Tu bardziej skupia się autor na ludziach skonfrontowanych z tym, co niewytłumaczalne w racjonalny sposób, ich metody walki z tym, co przeraża i co przekracza ludzki rozum. 

Mariusz Wojteczek oddał tu całą swoją fascynację muzyką i literaturą grozy. Zagrał Ballady w rytmie bluesa, pełne niepokoju i chociaż zbiór ten nie straszy, to sprawia, że czytelnik każdym czytanym tekstem czuje się mocno zaintrygowany. 


Polecam. 

Moja ocena 7/10




                       Wydawanictwo IX



czwartek, 23 stycznia 2025

SPOTKANIE Z KLASYKĄ: RODZINA POŁANIECKICH, HENRYK SIENKIEWICZ

Saga rodzinna napisana z rozmachem, obrazująca życie epoki, to coś co lubimy bardzo bardzo. Dokładnie tak zachwyciła mnie Rodzina Połanieckich Henryka Sienkiewicza, której nie znałem ani książkowo, ani filmowo.


Stach Połaniecki od lat jest wierzycielem ziemskim swego wuja Pławickiego. Krewny od lat zbywa go i ani myśli uregulować długu. Kiedy po raz kolejny Połaniecki jedzie w rodzinne strony, poznaje córkę dłużnika, Marynię Pławicką. Młodzi od początku są pod silnym wzajemnym urokiem, jednak na skutek kłótni z wujem i przekonany o zwodzeniu go przez dziewczynę, rozstają się w gniewie. Odtąd ich drogi niezmiernie będą się przecinać, a los przygotuje Stachowi i Maryni wiele nieprzewidzianych zbiegów okoliczności i mnóstwo rozterek między miłością, a powinnością złożonej przysięgi.


Rodzina Połanieckich napisana została w 1896 roku i niezbyt przychylnie została przyjęta przez współczesnych. W pewnym sensie miała stanowić też polemikę z Lalką Bolesława Prusa. Najlepiej widać to po przedsiębiorcy i człowieku mającym żyłkę do interesu, Stanisławie Połanieckim. Twardo stąpa po ziemi, tyle gwałtowny co żałujący potem swej porywczości. A jednocześnie człowiek wrażliwy, potrafiący wykazać się daleko czułością do chorej dziewczynki i niejednokrotnie szarpany namiętnością. Miłość, wierność i uczciwość pokazuje mu Marynia, która różni się od wielu dam z towarzystwa lubujących się w kokieterii i zalotach, nie stałych w uczuciach, czy łamaniu męskich serc. Podczas gdy dla panny Pławickiej "służba boża" jest zawsze na pierwszym miejscu. Przejawia się to u niej zarówno w gorliwości w praktykach religijnych, miłości do bliźnich, skromności czy wierności złożonemu słowu. Jednak dla XIX - wiecznych krytyków takie dalekie od realizmu życiowego przemiana Stacha pod wpływem Maryni wydawała się całkiem nie trafiona.


Warto jednak zauważyć, że sienkiwiczowska Rodzina Połanieckich w pewnym sensie jest wierna zarówno tradycji własnej epoki pozytywizmu, jak i wcześniejszej - romantyzmu. Z jednej strony jest profesor Waskowski, który głosi ideę chrystianizmu narodów w postaci "najmłodszych z Aryjczyków", Słowian. O wielu dziwactwach i nieco oderwany od rzeczywistości końca XIX wieku, z drugiej dorobkiewicze nie marnujący szans zarobku, w tym też jak pokazuje postać Maszko, przez małżeństwo. W powieści noblisty nie brakuje przy tym ludzi sztuki, malarza Świrskiego i poety Zasławskiego wierzących w miłość idealną i tworzących pod wpływem muzy serca. Tak szeroka galeria postaci sprawia, że Rodzina Połanieckich staje się nie tylko wielowarstwowa, ale też dokładnym spektrum ówczesnego społeczeństwa ziemiańskiego.


Sam tytuł również może być mylący, gdyż w rzeczywistości w skład rodziny Połanieckich nie tylko wchodzą Stach i jego krewni po matce, Pławiccy ale też szerokie grono znajomych i przyjaciół posiadających własne rodziny, z którymi Połaniecki jest silnie związany. To ich wpływ, postawy, słowa, a przede wszystkim sama Marynia pokazują mu, że prawdziwe szczęście jest tylko w życiu rodzinnym i tym, co stałe, co nieprzemijalne w przeciwieństwie do mody i poglądów światopoglądowych, czy systemów filozoficznych.


Rodzina Połanieckich to powieść, która czyta się jednym tchem, z rosnącą fascynacją i zaciekawieniem. Jak to Sienkiewicza zawsze ma miejsce. Zachwyca swą skromnością Marynia, Stach jako przedstawiciel epoki czasem irytuje, a cała reszta bogatych charakterologicznie postaci intryguje i niejednokrotnie potrafi zaciekawić, jak dalej potoczą się ich losy. Jednym słowem, z Sienkiewiczem nigdy nie da się popełnić błędu.


Polecam.



             Wydawanictwo Świat Książki 



poniedziałek, 20 stycznia 2025

KOLEKCJONER LALEK, KATARZYNA BONDA

Królowa polskiego kryminału wraca z nową powieścią i jednocześnie nową serią o Lenie Silo. Rozpoczyna ją Kolekcjonerem lalek.


Trzynaście lat temu Lena Silewicz, pochodząca z rodziny policyjnej, przypadkowo znalazła się w lesie, w którym doszło do popełnienia morderstwa. Dziś po latach temat ten nadal w jej domu jest tabu, a jednocześnie sama Lena marzy o pracy w kryminalnych. Dla wszystkich współpracowników pozostaje, jako protegowana ojca i brata. Nikt nie traktuje jej poważnie, zwłaszcza przy sprawie zabójstwa kobiety w podwarszawskiej willli. Zwłoki były zmasakrowane i związane linkami. Morderca dostał się do świetnie zabezpieczenego domu ofiary i może mieć związek z podopieczną Silo, Darią. Lena chcąc udowodnić swą wartość nie tylko będzie musiała działać wbrew regułom, ale też cofnąć się do przeszłości, kiedy wszystko zaczęło się. 


Wraca u Katarzyny Bondy kobieca postać śledczej i chociaż sama autorka zapowiada swoje nowe swoje oblicze, to gdzieś jednak pobrzmiewa stara, dobra Kasia Bonda. Postawiła na to, w czym jest dobra, a więc na prawdziwy kryminał, a bardziej thriller kryminalny. Niby żadna różnica, a jednak. Kryminał skupia się na śledztwie, podczas gdy thriller bardziej eksponuje emocje i to one grają tu główne role. Mamy seryjnego gwałciciela, tytułowego Kolekcjonera lalek albo jak go prasa ochrzciła Nocnego Łowcę. Skąd te nazwy nie mogę zdradzić, by nie psuć zabawy przy poznawaniu historii. To on w swych ofiarach wywołuje lęk, przerażenie i niszczy życie, jakie wcześniej wiodły. Strach, że wróci i dokończy to, co zaczął jest nieodzowny. Człowiek bez twarzy, bestia w ludzkiej skórze, drapieżca karmiący się strachem. Każda kobieta, która zetknąła się z nim, czuje się bezsilna wobec okrucieństwa, jakie z niego emanuje. To właśnie postawienie na emocje, na adrenalinę cechuje Kolekcjonera lalek. Jednocześnie jest to, co stało się poniekąd znakiem charakterystycznym Bondy. A mianowicie kwestie społeczne. Bierze pod lupę relacje panujące w policji i nieco je odmitologizuje. Ostatnio w literaturze gatunkowej sporo jest kobiet komisarz, twardych babek nie dających sobie w kaszę dmuchać. Tymczasem w rzeczywistości nadal muszą udowadniać swą przydatność i zmagać się w męskim świecie o swą pozycję. Tak jest u Leny. Córka i siostra policjantów przez kolegów widziana jest przez pryzmat nepotyzmu w policji. Ta, co nic nie umie, a przydział ma dzięki protekcji. Przełożony nie daje rozwinąć skrzydeł, a ona ma zadatki na doskonałego, nieustępliwego, a jednocześnie pełnego empatii śledczego. W prawdzie na początku nieco mnie irytowała swą porywczością, pyskowaniem tam, gdzie akurat nie musiała tego robić, a tam gdzie przydałoby się znowu uległością, to niemniej z czasem zaczyna się ją lubić. To ten typ bohatera, podobnie jak podkaster Maks, na których nam mocno zależy i kibicujemy im z całego serca. Łatwo zżyć się z nimi, przejmować ich losem. A jednocześnie obserwować ich relację, która co tu dużo mówić jest od początku burzliwa. Drugi temat dominujący w powieści, to oczywista oczywistość - przemoc wobec kobiet. Od tej psychicznej, po uprzedzenia, aż wreszcie fizyczna u tego, który je nienawidzi. Na codzień nie zdajemy sobie sprawy z piętna, jakie ofiary napaści na tle seksualnym muszą nosić. Panice, obsesji przed prześladowcą czy wspomnieniami tego, czego padły ofiarą. Nigdy już potem, nie są zdolne wrócić do normalności. Co, gorsze nawet policja traktuje je jako persona non grata, nie rozumie ich emocji i lęku, poddaje pod wątpliwość wiarygodność, a przede wszystkim nie wspiera. Jak pokazują przykłady bohaterek, jeszcze dużo jest do zrobienia w tym temacie.


Kolekcjoner lalek rozkręca się stopniowo i powoli potęguje napięcie. Jeśli gdzieś już Katarzyna Bonda nauczyła, że zaczyna mocnym bum i podbija stawkę, to tym razem dawkuje wszystko, aż do końca. Niemniej jednak krok po kroku angażuje czytelnika do momentu, w którym już nie jest się w stanie oderwać i obgryzając z nerwów pazury, czeka na finał. A tam, gdzie ostatecznie trafimy, w pełni satysfakcjonuje. Mała Sielo ma wszelki potencjał stanąć na równi z moim ulubionym cyklem o Hubercie Meyerze.


Polecam. 

Moja ocena 7/10



                  Wydawanictwo Muza

sobota, 18 stycznia 2025

W KSIĘŻYCOWYM LESIE, MICHIKO AOYAMA

Japoński bestseller od Michiko Aoyamy, tej od Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece. Najnowszej powieści W księżycowym lesie ponownie sprawia, że robi się nieco cieplej na serduchu.


Pięć osób w różnym wieku, z odmiennymi problemami i rozterkami słucha prowadzonego przez Teketori Okinę podcastu poświęconego Księżycowi. Materiał pojawia się zawsze rano o siódmej, trwa dokładnie dziesięć minut i jest całkowicie bezpłatny. To ciepły głos podcastera sprawia, że ludzie odzyskują nadzieję i mogą szukać własnej drogi do szczęścia.


Bardzo cenię sobie pełne ciepła, a zarazem życiowe opowieści o zwykłych ludziach z codziennymi problemami. Spotykamy pięć osób, m.in. pielęgniarkę po porzuceniu zawodu, niedoszłego komika pracującego jako kurier, ojca świeżo zamężnej córki, nastolatkę pragnącą samodzielności i wytwórczynię drucianej biżuterii. Są to, ci bohaterowie na których nam zależy, którym kibicujemy. Każdy z nich, niby nie ma nic wspólnego z pozostałymi. A jednak, w trakcie lektury okazuje się, że powiązania między nimi są znacznie większe od tych, jakie by się wydawały. Łączą ich wspólni znajomi, o których istnieniu nawet nie zdają sobie sprawy. Łączy ich brak poczucia silnej więzi z bliskimi, uczucie niezrozumienia, braku perspektywy na przyszłość, przekonanie o straconej szansie, czy poczucie zdania się tylko na własne siły. I właśnie, gdy są przekonani, że ich los nie odmieni się trafiają na podcast o Księżycu. To jego wpływ na ludzi i zwierzęta, jego zmienieniająca się postać czy patrzenie z jego perspektywy sprawia, że ci zagubieni ludzie odnajdują siłę o walkę o siebie samego, a z czasem przekonują się, że ich relacja z najbliższymi nie jest tak zła, jak by się wydawała. Każdy z bohaterów musi przejść własną drogę do przemiany samego siebie. Aoyama nie podaje jednej recepty, jej zadanie polega na wlaniu w ludzkie serce nadziei na lepsze jutro. Też ich życie nie staje się pasmem sukcesów czy marzenia nie spełniają się za pstryknięciem palca. Tak to nie działa. Cała droga, którą muszą przebyć to praktycznie odnalezienie zagubionych więzi i spojrzenie na dylematy z innej perspektywy. To w tym tkwi siła opowieści japońskiej pisarki i to sprawia, że czujemy się lepiej. 


W księżycowym lesie ceni sobie codzienność i minimalizm. Napisana jest prostym językiem. Dominują krótkie zdania i nie ma zbędnych opisów, czy dłużyzny. Każda z pięciu historii jest krótka, zwięzła i akcja toczy się dość wartko. Za to trudno o bardziej ciepłą, kojącą opowieść. Działa jak ciepły kocyk otulający delikatnością. Jak ciepłe kakao. To jest taka historia, która może się wydarzyć w rzeczywistości i która sprawia, że po prostu czujemy się po niej lepiej. 


Polecam. 

Moja 10/10 



                  Wydawanictwo Relacja