poniedziałek, 11 maja 2026

SERIA O KOMISARZU LICHYM, GRZEGORZ BRUDNIK

 Alfa Grzegorza Brudnika to czwarta część serii o komisarzu Rafale Lichym, w którym przenosi nas na Mazury. Tam przeprowadza się Lichym, szukając spokoju, znowu zachodzą w jego życiu istotne zmiany i ponownie przyjdzie mu się zmierzyć z seryjnym mordercą. Pośród lasów i jezior dochodzi do zamordowania mężczyzn, którzy tu przyjechali. Komisarz będzie musiał wrócić do miejsca, które na nowo naznaczyło jego życie. 


To seria, którą koniecznie musiałem nadrobić i muszę przyznać, że była to sama przyjemność. Przede mną z tego uniwersum jeszcze przede mną dwa tomy z Łezką, jedną z kobiet spotkanych przez Lichego na zawodowych ścieżkach. Jej bohaterem jest właśnie komisarz Rafał Lichym, człowiek cierpiący na depresję i po kilku próbach samobójczych. Ten bohater sprawia, że mocno o nim myślimy i wchodzi do naszego umysłu, jak po maśle. Próbuje uciec z policji i wieść spokojne życie, jednak jego intuicja i pomoc okazują się niezbędne, gdy na horyzoncie pojawiają się kolejni zwyrodnialcy. 


Na ten cykl składają się Szafarz, Chrzciciel, Ceremoniarz i właśnie najnowszy tom Alfa. Jest on z każdą częścią coraz lepszy pod względem budowania napięcia i antybohaterów, na których natyka się komisarz Lichy. Już Szafarz był miodzio, mamy w nim mordercę który eksponuje zwłoki kobiet z odcietą głową należącą do poprzedniej ofiary. W drugim zamordowanego nastolatka, którego zwłoki zostały spalone. Ostatnia jego odsłona to stwierdzając jednym słowem masakra w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wszystkie tomy jednak należy czytać pokolei. Nie można w tę serię wejść od środka czy zacząć od Alfy. Po prostu byłoby się wówczas nieco zagubionym i dużo straciłoby się z poznawanej historii. 


Przede wszystkim warto ją poznawać dla samego Lichego. Człowieka poranionego, zmęczonego życiem i doprowadzanego wielokrotnie do granicy ludzkiej wytrzymałości. Dla mnie cała seria była jedną wielką jazdą bez trzymanki i bardzo dobrze się przy niej bawiłem. 


Polecam. 

Moja ocena 8/10 






                      Wydawanictwo Filia 


sobota, 9 maja 2026

PRZEZ TRUDY DO GWIAZD, ANNA RYBAKIEWICZ

Czarodziejka. Tak nazywam Annę Rybakiewicz, moje wielkie odkrycie zeszłego roku. Nikt jak ona za pomocą słów i emocji nie umie wyczarować poruszającą historię. Jej najnowsza powieść Przez trudy do gwiazd jest zdecydowanie jej najlepszą książką.


Rok 1990. Anastazja Zielińska wychodzi po udarze do domu, w którym spotyka kolegę z dziecinnych lat Leona Białowąsa. Zagubionej kobiecie, cierpiącej na amnezję cierpliwie przywraca wspomnienia czytając jej zapiski z dziennika. Razem wracają do lat wojny i zesłania do Kazachstanu.


To powieść zapisana historią przez duże H, która stanowi doświadczenie rzeszy Polaków, którzy zostali aresztowani przez NKWD i wywiezieni na Syberię. Na nieludzkim stepie musieli znaleźć siły, by przetrwać. Odarci z godności, zmuszeni do wycieńczającej pracy. Anna Rybakiewicz sprawia, że czujemy mróz, spiekotę lata i desparacką walkę o rodzinę, ból śmierci i rozłąki, tęsknotę za Ojczyzną i dawnym życiem. Towarzyszymy bohaterom w znoju pracy i w lepiankach. Zanurzamy się w przeszłości i ją oplatamy się, a wszystko po to by zrozumieć życie na ziemi zapomnianej przez Boga. Natomiast jedno zdanie dawało siłę iść na przód, per aspera ad astra - przez trudy do gwiazd. Nawet jeśli gwiazdy były dla nich bardzo odległe. Obserwujemy bohaterów w najintymniejszych momentach, gdy tracą bliskich, w chwilach zwątpienia i tragicznych doświadczeń. Anna Rybakiewicz oddaje dramaturgię wojny i zsyłki, pokazuje jak jedna decyzja może zadecydować o losach całej rodziny. Jak jeden czyn może być na wagę życia lub śmierci.


Przez trudy do gwiazd to po prostu czysta przyjemność czytania. Pożeramy ją zachłannie, a z każdą stroną rośnie napięcie jak potoczą się losy Zielińskich i braci Białowąsów. Ostrzegam lojalnie, że od tej powieści po prostu nie sposób się oderwać. Jednocześnie dziś słowo "czułość" trochę się nadużywa i ja sam zresztą często je używam. Jednak w tym przypadku Anna Rybakiewicz z ogromnym taktem i właśnie czułością opowiada losy bohaterów. Z ogromną delikatnością podchodzi również do tematu utraty pamięci na skutek udaru u osób starszych. Ja osobiście chcę więcej tego typu poruszających opowieści. 


Polecam. 

Moja ocena 10/10 



                      Wydawanictwo Filia 


niedziela, 3 maja 2026

CUDA ZA ROGIEM, KEIGO HIGASHINO

Japoński autor kryminałów chorych na głowę, tym razem w zupełnie innym gatunku przytulniej, kojącej powieści. A wszystko za sprawą Cudów za rogiem Keigo Higashino. 


Trzech drobnych złodziejaszków ukrywa się w opuszczonym sklepie. Przypadkowo odkrywają w nim skrzynkę na listy, w której znajduje się list sprzed trzydziestu lat. On też połączy przeszłość ze współczesnością, a mężczyźni wcielą się w rolę dawnego właściciela sklepu pana Namiyę i będą udzielać porad tym, którzy będą ich o to prosić. 


Keigo Higashino w zupełnie nowej odsłonie, choć po części ten, którego już dobrze znamy. Mamy bowiem trójkę przestępców, mamy trupa, mamy zagadkę z przeszłości potrzebną do zrozumienia tego, co ma miejsce obecnie. Nowością jest natomiast klimat z książek Michiko Aoyamy i płynąca z tego nauka, że pomagając innym, sami stajemy się lepsi. Sercem powieści są listy, które piszą ludzie na życiowym zakręcie i odpowiedzi, które dostają. Chociaż chłopaki nie grzeszą taktem w swej korespondencji, to nie można im odmówić dobrych chęci pomocy. Natomiast ich odbiorcy często wybierają inną drogę niż została im wskazaną, ale ostatecznie okazuje się, że rady tajemniczego Namiyi nie pozostały bez owocne. Wreszcie jest to powieść nostalgiczna z odrobiną niesamowitości. Przy czym ludzie, których spotykamy są poniekąd nam bliscy. Rozumiałem doskonale ich rozterki, a po części odnajdywałem w nich samego siebie. Pokazuje, że bez względu na wiek, zawód czy pasje każdy z nas zmaga się z różnymi wątpliwościami, a czasem potrzeba całkiem nie wiele, by pomóc innej osobie.


Osobiście muszę przyznać, że zdecydowanie wolę Keigo Higashino w kryminalnej odsłonie. Wprawdzie zostawia ona w tym kojącym odczuciu, co w ogóle jest domeną cosy books, ale ta melancholijna atmosfera i samo tępo opowieści nie do końca do mnie przemówiły. Przede wszystkim owa odrobina magii i często naiwność opowieści, nieco mi przeszkadzały i nie pozwoliły uwierzyć w prawdziwość opisanych historii. Natomiast zdecydowanie doceniam sam zamysł. 


Polecam. 

Moja ocena 6/10 



                Wydawanictwo Relacja


czwartek, 30 kwietnia 2026

AKUSZERKI I POŁOŻNE, SABINA JAKUBOWSKA

Świat tych, co asystowały przy porodach i niezwykła opowieść o zwykłych ludziach. Zmieniały się czasy, a one trwały przy swym zadaniu. Były świadkami śmierci i narodzin. Wnuczka jednej z tych kobiet, Sabina Jakubowska zabiera w ich codzienność w Akuszerkach i Położnych. 


Akuszerki zaczynają się zimą 1885. Franciszka rodzi swe pierwsze dziecko, które niedługo po porodzie umiera. Zajmuje się nią przybrana matka, Regina Perkowa. Wkrótce uczy córkę fachu Akuszerki i Franciszka za sprawą zbiegu różnych okoliczności zaczyna sama przyjmować porody. Lata mijają a ona zyskuje coraz większy podziw i szacunek miejscowych. Nieoczekiwanie dostaje szansę nauki swego fachu w Krakowie. Tak rodzi się wielką historia. 


Akuszerki to jedna z tych opowieści zanurzonych w historii i na historii bazująca. Na 700 stronach przybliża wydarzenia z dziejów Polski od końcówki XIX wieku do roku 1950. Jednak próżno szukać tu wielkiej polityki, a Sabina Jakubowska skupiła się na dniu codziennym ówczesnych mieszkańców wsi i jak zmiany polityczne oraz ekonomiczne wpłynęły na zwykły dzień mieszkańców jej rodzinnej wsi Jadowniki. Z rozmachem i ogromną wrażliwością oddaje ich warunki życia, mentalność i w ten sposób tworzy ludzi z krwi i kości wrzucone w przemiany dziejowej. Czasy zmieniają się a ich egzystencja pozostaje wciąż podobna. Toczą się wojny, zarazy, powodzie, zmieniają się epoki, a rodzące nieustannie będą potrzebować czułych rąk i dobrej znajomości swego akuszerskiego fachu kobiet przyjmujących porody. Były świadkami narodzin nowego życia i śmierci. Ich życie niczym nie różniło się od tego, jakie wiodły kobiety którym niosły pomoc. Przeżywały osobiste dramaty, namiętności, jednak mimo tego zawsze stały na stanowisku i były gotowe wypełnić swoje posłannictwo. 


Sporo jest medycznych opisów anatomii i sztuki położniczej, które osobiście były dla mnie niemniej interesujące od głównej akcji.  Często były one sprzeczne z warunkami życia mieszkańców Jadownik. Pośród brudu i skromnych warunków życia Franciszka musi pogodzić to z nabytą fachową wiedzą, z drugiej strony przydają jej się wiedza przekazana przez matkę. 

Na tej bazie Jakubowska fascynuje czytelnika ciałem ludzkim i fizjologią we wszystkich jej odmianach. Wprowadza w najintymniejszy świat porodów z jego niedoskonałościami, jakie niejednokrotnie przytrafiały się rodzącym. Z opisów tych i nagromadzenia bohaterów widać najlepiej miłość do drugiego człowieka i misję, jaką miały do spełnienia wiejskie akuszerki. 


Teraz zaś w przypadku Położnych ponownie ponownie utrzymuje wysoki poziom Akuszerek. 


Kraków 1940 roku. Regina, córka Franciszki mimo przedwojennej pracy jako nadpołożna, obecnie pracuje w charakterze salowej w Szpitalu Uniwersytecki. Mimo zdegradowania nadal walczy i dba o dobro rodzących kobiet tak, jak robiły to jej matka i babka. A dodatkowo wojenna rzeczywistość często daje o sobie znać. Tak spadkobierczyni wiejskich akuszerek wchodzi w kolejny etap życia, a następujące po sobie dekady będą niosły nowe wyzwania w życiu osobistym i zawodowym. 


Zgadzam się z opinią, że tej powieści nie czyta się, lecz po prostu ją się pochłania. Sabina Jakubowska prowadzi od czasów wojny, po pierwsze lata powojenne, aż do lat 60. Na każdym etapie wystawia Reginę na nowe doświadczenia, nie szczędząc jej zarówno miłych jak i przykrych niespodzianek. Jednak jest coś, co natychmiast zwraca naszą uwagę. A mianowicie, że w każdej sytuacji szuka pozytywów. To, co niejedną osobę by przytłoczyło, ona wychodzi obronną ręką. Zna swoją wartość i zawsze pozostaje wierną swoim ideałom. W pewnym sensie przypomina mi doktora Judyma. Dobro, godność pacjentek bez względu na pochodzenie są u niej zawsze na pierwszym miejscu. Wyznając te wartości jakie wpajano w szkole położonych nie łamie ich nawet, gdy znajdzie się w niezbyt komfortowym położeniu. Z każdą stroną rośnie zainteresowanie czytelnika. Z potęgującym napięciem śledzimy losy nie tylko jej ale również jej współpracowników, rodziny i podopiecznych. Kobiety te jak Diana, Marynia stają się nam bliskie i czytamy o nich nie tylko z sympatią jaką do nich czujemy, lecz też z emocjonalnym zaangażowaniem. W tym też tkwi właśnie siła Położnych, że na każdym kroku natykamy się na ludzi z krwi i kości. Kochają, cierpią, muszą niejednokrotnie zmierzyć się z wieloma wątpliwościami i rozczarowaniami. My zaś wchodzimy w ich "prywatę", stając się jej współuczestnikami. 


Zarówno Akuszerki jak i Położne dają taką satysfakcję, którą trudno opisać słowami. Po prostu to czysta przyjemność czytania i mimo swej opasłości, na końcu i tak czuje się pewien niedosyt. Chcemy być z tymi bohaterami jak najdłużej. A jednocześnie mam wrażenie, że do jednej jak i drugiej powieści będzie się wracać. 


Polecam. 

Moja ocena 10/10 




                    Wydawanictwo Relacja




sobota, 18 kwietnia 2026

OBSESJA, B. A. PARIS

 B. A. Paris powraca z najnowszym thrillerem psychologicznym, Obsesją. Niestety to jeden ze słabszych tytułów w jej dorobku. 


Nell Masters ma poukładane życie, grupę przyjaciół, na których zawsze może liczyć i ukochanego mężczyznę z którym planuje przyszłość. Ma jeszcze jedno, coś co skrywa nawet przed najbliższymi. W przeszłości pod innym nazwiskiem była świadkiem śmierci młodej dziewczyny. A dokładniej widziała, jak wsiada do samochodu pewnego mężczyzny, a później okazało się, że zginęła. Teraz tajemnicą sprzed lat powraca i ktoś już skrzętnie planuje, jak ją zabić.


Z niecierpliwością czekałem na najnowszą powieść B. A. Paris i czuję pewne rozdwojenie. Raz jest to, co lubimy u niej, czyli sekrety przeszłości i rosnąca atmosfera osaczenia. Jednak ostateczny efekt jest trochę rozczarowujący. Przede wszystkim wieje nudą i akcja posuwa się ślamazarnie. Niby jest budowanie napięcia poprzez drobne z pozoru szczegóły, a jednak to za mało by wzbudzić większe zainteresowanie. Najciekawiej wypada część z przeszłości Nell, kiedy relacjonuje zdarzenia jako Elle Nugent. To właśnie ona kładzie się cieniem na obecne życie bohaterki.


Nie znaczy jednak, że nie da się w Obsesji znaleźć pozytywów. Przede wszystkim jest to opowieść o tytułowej obsesji na punkcie drugiej osoby i sprawy, której bylo się świadkiem. Mamy stalking prowadzący do całkowitego osaczenia ofiary, próbę wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę i poczucie winy za grzech z przeszłości oraz próbę jego odkupienia. Fragmenty kiedy do głosu dochodzi morderca podsyłają uczucie zagrożenia, szaleństwa i niepokoju. Z potęgującym się napięciem oczekujemy na finał rozgrywki Nell z zabojcą. Ten drugi to drapieżca planujący w najdrobniejszych szczegółach ostateczną rozgrywkę ze swą ofiarą. Paris nie potrzebuje fajerwerków do budowania napięcia. To z pozoru drobne szczegóły je budują i burzą spokój głównej bohaterki, choć też nie brakuje scen, które zapierają dech w piersiach.


Zarówno angielski tytuł when I kill you, jak i polski idealnie oddają klimat powieści. Przede wszystkim właśnie obsesję obserwowania drugiej osoby prowadzące do stopniowego burzenia jej spokoju. Przypatrujemy się bohaterce, która najpierw sama doprowadziła do tragedii, a później od lat ponosi karę za to, czego stała się przyczyną. Poza tym to opowieść o wyrzutach sumienia i cenie, jaką przychodzi zapłacić za popełnione błędy.


Najnowsza historia Paris to przyjemne czytadło ale nic więcej i chyba nawet więcej nie oczekujemy. Mimo pewnych mankamentów, trzyma poziom tych najmocniejszych powieści Brytyjki, jak Za zamkniętymi drzwiami czy Terapeutka, które przede wszystkim opierały się na potęgującym się napięciu i lęku. Z Obsesją bez efektu wow można miło spędzić dwa wieczory.


Polecam. 

Moja ocena 6/10



                  Wydawanictwo Albatros 

niedziela, 12 kwietnia 2026

ZOSTAŃ ZE MNĄ, NICHOLAS SPARKS I M. NIGHT SHYAMALAN

 Niecodzienny duet, mistrz romantycznych opowieści, Nicholas Sparks i reżyser thrillerów M. Night Shyamalan łączą siły w romansie paranormalnym Zostań ze mną.


Tate zmagał się z depresją po śmierci ukochanej siostry, teraz po pobycie w szpitalu psychiatrycznym przyjeżdża na Cape Cod, by zaprojektować dom dla swych przyjaciół Oskara i Loreny. Zatrzymuje się w starym, wiktoriańskim domu, gdzie poznaje Wren. Między nimi z każdym dniem buduje się więź, a racjonalny i uporządkowany świat mężczyzny rozpada się. Ona pomaga mu uporać się ze stratą krewnej, on zaś postanawia rozwikłać jej tajemnicę.


Po raz pierwszy zetknąłem się z romansem paranormalnym i nigdy nie przypuszczałbym, że tak mocno mnie zaangażuje. Oczywiście byłem zaciekawiony, co wyszło ze współpracy tak egzotycznej pary autorów ale końcowy efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Z jednej strony to pełna ciepła, a nawet humoru powieść romantyczna o stracie i żałobie po bliskiej osobie, kiedy niespodziewanie przechodzi w domenę Shyamalana czyli thriller z elementami grozy. Przede wszystkim tym, czym Zostań ze mną mnie z miejsca kupiło to potraktowanie tematu depresji z ogromną delikatnością i czułością. Zamiast rozwodzić się nad chorobą, to pokazano jak ważne jest wsparcie przyjaciół, jak z każdym dniem trzeba pokonywać własne demony, by uzyskać katharsis. A nowa znajomość, nawet jeśli obiekt zainteresowania jest duchem, może doskonale pomóc. Tate i Wren to dwie samotne dusze, które potrzebują siebie nawzajem. Oboje są dla siebie wsparciem i lekiem, na to z czym nie umieli się uporać. Ich relacja nie rozwija się gwałtownie, nie ma wielkich porywów serca ale stopniowe zbliżanie się do siebie w codzienności. My zaś z Tatem zastanawiamy się nad zagadką Wren.


Doskonale widać fragmenty spod pióra Sparksa i Shyamalana. Z jednej strony pełno jest charakterystycznej dla mistrza powieści romantycznych powolnej budowy akcji, powolnego budowania relacji, chociaż z góry wiemy, że znajomość ta pewnego dnia zakończy się, to i tak wyglądamy happy endu. Z drugiej strony to niespodziewanie przeradza się w trzymający w napięciu thriller. Nie ukrywam, że zabieg ten bardzo przypadł mi do gustu i bardzo przyjemnie mi się czytało. Teraz zaś niecierpliwie czekam na ekranizację.


Polecam. 

Moja ocena 8/10



                Wydawanictwo Albatros 



sobota, 11 kwietnia 2026

MINI OPINIA: IDEALNY SYN, FREIDA MCFADDEN

Od dawna przymierzałem się poznać Freidę McFadden i wreszcie mi udało się. Idealny syn z pewnością nadaje się na start.


Liam, gdzie się nie obejrzy odnosi sukcesy. Perfekcyjny uczeń, członek drużyny lekkoatletycznej, a przede wszystkim syn i brat dla młodszej Hannah. Do tego przystojny, ulubieniec nauczycieli i zdolny uczestnik koła debatowego. Jednak skrywa on jeszcze drugą naturę, tę mroczną, o której tylko jego matka Erica zdaje sobie sprawę. To ona wpływa na jego dziewczyny, by zanim sprawy zajdą za daleko, młodzi rozstali się. Podobny zamiar ma wobec najnowszej sympatii chłopaka, Olivii. Niestety tym razem sytuacja wymknie jej się z rąk wraz z zaginięciem dziewczyny. Kobieta od początku podejrzewa syna, że jest winny, a podejrzenia będą w niej rosły z każdym dniem. 


Nie ulega wątpliwości, że mamy stuprocentowy, rasowy thriller, który trzyma w napięciu od początku do samego końca. Wszystko za sprawą dwutorowej, narracji w pierwszej osobie. Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia Erici i Olivii, oraz protokoły przesłuchań. Tym samym przyglądamy się Liamowi z obecnej chwili i bliżej poznajemy jego przeszłość. Nie wspomnę, że z każdym rozdziałem atmosfera gęstnieje i staje się coraz bardziej napięta. Z niepokojem poznajemy kolejne wydarzenia i oczekujemy na finał. Zakończenie zaś to istny cios między oczy, po którym mamy szeroko otwartą szczękę. 


Freida McFadden konsekwentnie buduje portret socjopaty, jednocześnie pokazując jak osoba taka może być odbierana przez otoczenie, jej modus operandi czy granice rodzicielskiej miłości. Liam od początku owiany jest pewną tajemnicą, która utrzymuje się do samego końca i nie konfrontuje się zbytnio z wypowiedziami innych osób. To ten typ bohatera, który zaskakuje wraz z rozwojem akcji. To on wymusza reakcje otoczenia, podczas gdy sam pozostaje nieco bierny, aż do czasu.  Niewiadomo czy jest zręcznym manipulatorem, a może rzeczywiście zdolny jest do wyższych uczuć. Z jednej strony zwykły nastolatek przeżywający pierwsze zauroczenie, z drugiej zwyrodnialec czerpiący radość z osaczania i cierpienia innych. Nigdy nie wiadomo, która z tych twarzy jest prawdziwa. 


Podobno to słabsza powieść McFadden, jeżeli tak rzeczywiście jest, to nie zostaje nic innego jak nadrobić zaległości. Nie ukrywam, że Idealny syn nie tylko mnie zaintrygował, ale wzbudził apetyt na więcej Freidy w moim życiu. 


Polecam. 

Moja ocena 8/10 




          Wydawanictwo Czwarta Strona