niedziela, 26 grudnia 2021

ZMORA, ROBERT MAŁECKI

 Robert Małecki przyzwyczaił czytelników do wysokiego poziomu swych powieści. Snuje historie o ludziach żyjących w mroku i zmagających się z traumą. W Zmorze wraca do Torunia, by rozwiązać rodzinne zagadki z przeszłości.


Kama Kosowska wyjechała niegdyś do Warszawy, by zrobić karierę w wielkim mieście i zatrudnić się w dużej redakcji. Zapomnieć o śmierci matki, na której pogrzebie była jako kilkuletnie dziecko. Teraz po stracie pracy wraca do rodzinnego Torunia, by po raz kolejny rozpocząć wszystko od nowa. Nie musi długo czekać na propozycję. Z dziennikarką kontaktuje się reżyser Paweł Hałas, przygotowuje serial dla Netflixa o zaginionych dzieciach z całej Europy, a jeden z odcinków ma dotyczyć Piotra Janochy, kolegi Kamy z dzieciństwa.  Nad tą sprawą wszczęto nowe dochodzenie, które ujawnia błędy podczas poprzedniego śledztwa, prowadzonego przez jej ojca, Waldemara Kosowskiego. Przed bezrobotną kobietą staje możliwość zarobienia sporych pieniędzy i międzynarodowa sława tyle, że jeśli obudzi duchy przeszłości, przyjdzie jej zmierzyć z dwoma największymi traumami.


 Robert Małecki zastosował wszystko to, co jest jego znakiem rozpoznawczym. Zagadka kryminalna, rodzinna tragedia i ludzie ogarnięci przez mrok, z którego mimo upływu lat nie potrafią się uwolnić. Muszą zmagać się z własnymi demonami i zdają sobie sprawę z tego, że jeśli je obudzą, to otworzy się tym samym puszka Pandory. Opowieść, jak to u niego bywa, rozpoczyna się niespiesznym krokiem i stopniowo coraz bardziej przyspiesza, by ostatecznie zaatakować czytelnika z całą mocą. Razem z bohaterami poznajemy prawdę, nie wiemy nic więcej od nich i razem z nimi szukamy tropów dających odpowiedź dotyczącej tego, co wydarzyło się przed laty i o czym najchętniej wszyscy chcieliby zapomnieć. Tylko przeszłość nie pozwala na to i coraz mocniej o sobie przypomina. Małecki daje każdemu to, co lubi najbardziej. Mamy dwugłos, śledzimy równolegle sprawę z punktu widzenia dziennikarki i komisarza policji. Dla Kosowskiej i Korcza prym wiedzie zupełnie inna kwestia. Jej chodzi o poznanie szczegółów związanych ze śmiercią matki, dla niego - zaginiony bez śladu Piotruś. Prawda zaś zaskoczy ich obojga. Zmora świetnie łączy wątek kryminlny z obyczajowym, będąc jednocześnie bardzo wiarygodna. Opowiada o zwykłych ludziach i ich tragediach. Dotyka tego, co najboleśniejsze: żałoby, bólu dziecka z powodu braku jednego z rodziców, przemoc domową i ochronę dziecka przed bolesną prawdą, czy prześladowanie z powodu inności. Dzieci u Roberta Małeckiego potrafią być okrutne. Sadzę, że nie jedna osoba znajdzie coś z własnych wspomnień, to właśnie sprawia, że proza ta jest tak bardzo pociągająca. Chwyta za gardło i nie zamierza puścić, my natomiast też wcale nie mamy na to najmniejszej ochoty. Tajemnica goni tajemnicę, sekret goni sekret i z strony na stronę przybiera coraz bardziej niepokojący charakter.


Robert Małecki, jak to u niego bywa przywiązuje szczegółową uwagę, do każdego, nawet najmniejszego detalu. Snuje opowieść z dwóch linii czasowych, współczesnej i z lata 1986,w którym to doszło do zaginięcia Piotrka. Stosuje zabieg, który bardzo lubię, przeplatania powieściowych światów. Bardzo ucieszyło mnie pojawienie się Bernarda Grossa i nie ukrywam chęci powrotu do Chełmży. Zmora z pewnością zachwyci wysokim poziomem i stylem wszystkich wielbicieli kryminałów. Robert Małecki przekonuje, że w jego przypadku nie grozi czytelnicze rozczarowanie. 


Polecam. 

Moja ocena 8/10



             Wydawanictwo Czwarta Strona 

sobota, 25 grudnia 2021

BESTIA Z BUCHENWALDU, MAX CZORNYJ

Ilse Koch nazywano "Wiedźmą z Buchenwaldu", "Suką SS". Komendatowa obozu KL Buchenwald zasłynęła z niesłychanego okrucieństwa i bestialstwa. Max Czornyj słynący, jako mistrz makabry w Bestii z Buchenwaldu snuje przerażającą historię jednej z najgorszych hitlerowskich oprawców.


Ilse Koch była żona komendanta obozu, Karla Kocha. Zbrodnicza nadzorczyni, sadystyczna, perwersyjna i wyzuta z wszelkich ludzkich odruchów, wywodziła się z robotniczej rodziny i była wrażliwą młodą dziewczyną. Co stało się, że zmieniła się w najokrutniejszego potwora? Czy gen zła tkwi w każdym? Nadużywała władzy, wraz z mężem traktowali obóz jako prywatny folwark. Nie stronili od żadnej okazji do wzbogacenia się, więcej uwagi poświęcali zwierzętom niż ludziom. To, co odkryto w ich domu przeszło wszelkie wyobrażenie stopnia ich bestialstwa.



Max Czornyj poraża i obezwładnia czytelnika każdą niemal stroną. Nawet najobrzydliwsze sceny z jego powieści, nie są w stanie dorównać rzeczywistości zawartej w Bestii z Buchenwaldu. Prawda i życie potrafi przekroczyć wszelką pomysłowość mistrzów horrorów i krwawych dreszczowców. Trudno wyobrazić sobie, że ta historia wydarzyła się naprawdę. O ile do tej pory autor słynął z dreszczowców, życiorysów psychopatycznych, seryjnych morderców czy obyczajowych powieści historycznych poświęconych II wojnie światowej, to Bestia z Buchenwaldu łączy w sobie wszystkie te cechy. Bohaterka przewyższa stopniem perwersji i brutalności największych zwyrodnialców. Dumna z swoich czynów, ślepo zapatrzona w nazistowską ideologię potrafiła zadawać więźniom najbardziej wyrafinowane tortury, zafascynowana własnym dziełem zniszczeniem i dehumanizacji ludzi będących pod jej władzą. Wyposażenie jej domu stało się materiałem dowodowym w późniejszym procesie buchenwaldzkim. Max Czornyj z właściwościwą sobie umiejętnością penetruje zwyrodniały umysł, ukazuje jej myśli i uczucia, próbuje zrozumieć czynniki doprowadzające do tak radykalnej u niej zmiany oraz snuje makabryczną opowieść o ludzkim cierpieniu i upodleniu. Chociaż przewodniczką jest sama Ilse, a jej głos rozbrzmiewa do ostatnich akordów, to nie tylko ona stanowi serce powieści, w równym stopniu współtworzą ją więźniowie, niemi świadkowie podeptania ludzkiej godności i człowieczeństwa. Już na początku wkraczamy poza bramy obozu, doznając szoku. Później powiększa się coraz bardziej i nie inaczej jest aż do końca. Temu, co czytamy, aż trudno dać wiarę. Czujemy odruchy wymiotne, ból brzucha i wszechobecne przerażenie, najchętniej zwinęlibyśmy się w kłębek i ukryli. Chcemy odwrócić wzrok, uwolnić się od "Wiedźmy", ale po prostu nie jesteśmy w stanie. Max Czornyj rzuca czytelnika na to, na co absolutnie nie jest gotowy. Czujemy się zbrukani tym, czemu przyglądamy się i ufamy, aby ponowna zbrodnia przeciw ludzkości nigdy się nie powtórzyła.


Mimo przeczytania mnóstwa książek poświęconych wojnie i tematyce obozowej, to Bestia z Buchenwaldu szokuje zawartym w niej naturalizmem. To Max Czornyj w mistrzowskiej formie i chyba nikt inny z taką precyzją nie oddałby sylwetki "Wilczycy". Daje jej głos, choć na to nie zasłużyła. Z pewnością jest to pozycja dla czytelników o mocnych nerwach i silnych żołądkach, ale ci wrażliwsi też warto, by poznali komendantową Koch.


Polecam. 

Moja ocena 8/10



                    Wydawanictwo Filia

piątek, 17 grudnia 2021

MROCZNY PIĄTEK: ROGI, JOE HILL

Chyba na żadną powieść nie czekałem tyle, co na historię iście diabelskiej zemsty od syna samego Stephena Kinga. Gdy w końcu mogłem poznać Rogi Joe Hilla, po pierwszym wow, fajerwerki gasły i już znikła pierwotna chemia między czytelnikiem a powieścią.


Ignatius Perrish, lekkoduch, syn znanego muzyka i brat gwiazdy telewizji, nigdy nie musiał martwić się o sprawy materialne. Wszystko zmienia się, gdy jego narzeczona, Merrin została brutalnie zgwałcona i zamordowana. On jest jedynym świadkiem zdarzenia i zostaje głównym podejrzanym. Od roku zapija ból i po jednej z pijackich nocy budzi się z potężnym kacem oraz na głowie wyrosły mu..... diabelskie rogi, dzięki którym może czytać myśli innych ludzi, poznawać ich sekrety i w ten sposób poznać prawdę o śmierci Merrin.


Joe Hill na początku olśniewa stylem, oryginalnym pomysłem i okrywa nas coraz bardziej nurtującą tajemnicą. Czujemy się z dezorientowani i próbujemy zrozumieć niezwykłe zjawisko. Tyle tylko, że ten urok trwa jedynie w pierwszej części, gdy zaczyna się druga część, retrospektywna połączona z teraźniejszością, czar pryska. Historia zaczyna coraz bardziej rozłazić się, gubimy się między przeszłością a współczesnością, w konsekwencji zaczyna rodzić się nuda. Trwa niestety do końca i już nie udaje odzyskać pierwotnej magnetycznej siły. Rogi nie straszą, chociaż pojawiają się horrorowe fajerwerki, są za słabe, by mogły odczarować powieść. Bardzo szybko odkrywamy, kto odpowiada za morderstwo Marrin, a później już tylko konfrontacja ze złem. Próżno szukać pozytywnych bohaterów, co krok napotyka się coraz gorszych typów, z którymi nie ma się ochoty zawierać bliższej znajomości. Nawet dzieci nie mają w sobie najmniejszej niewinności. W porównaniu z człowiekiem, diabeł przestaje być straszny. W niektórych miejscach bardziej śmieszy, niż przeraża. Za to czujemy obrzydzenie poznając ile obłudy, kłamstwa i ukrywanej przemocy kryje się w ludzkim świecie. W porównaniu z tym, szatańskie igraszki są niczym.


Część retrospektywna mocno nasuwa skojarzenia ze sławnym ojcem autora. Tyle, że choćby w To ma ona w sobie siłę skupić uwagę czytelnika, natomiast Rogi tracą spójność. King potrafi genialnie manewrować i zaznaczać wyraźne rysy między teraz a przeszłością, u Hilla w żadnym momencie ten element nie wypalił. Także zagadka kryminalna, która mogła być silnym atutem, nie wzbudza większego zainteresowania, z powodu, że zbyt szybko znamy jej finał. Dla mnie jest to tylko wypadek przy pracy. Niewykluczone, że mimo wszystko jeszcze wrócę kiedyś do nich, a może, jak w przypadku Terroru Dana Simmonsa, drugie spotkanie będzie o wiele lepsze?


Polecam. 

Moja ocena 5/10



                  Wydawanictwo Albatros 

środa, 15 grudnia 2021

ZASYPANI ZAKOCHANI, AGNIESZKA LINGAS-ŁONIEWSKA

W przedświąteczny czas poza lepieniem pierogów, gotowaniem i robieniem szalików na drutach warto zanurzyć się w smakowitą, zimową opowieść. Agnieszka Lingas-Łoniewska doskonale wie, jak rozgrzać serce czytelników. Samotna wnuczka właścicielki pensjonatu w Szczawnie - Zdrój, samotny i jedyny gość, oboje zaś odcięci od cywilizacji - Zasypani zakochani.


Kiedyś Anastazja Klops pracowała jako policjantka w wydziale walki z narkotykami, dziś zaszyła się w górskiej głuszy, oddaje się malarstwu i pomaga babci prowadzić pensjonat. Co roku przybywa do niego Hubert Zapałka, gbur stroniący od kontaktów z ludźmi i jedynie pragnie w ciszy pracować. W te święta szykują się dla nich nie mało niespodzianek. Zostają sami w pensjonacie, zasypani śniegiem i odcięci od świata, zdani jedynie na samych siebie. On fan Stephena Kinga, ona popularnego autora kryminałów Maxa Fire'a. Oboje o różnym temperamencie, a mimo to czeka ich jeszcze nie lada zaskoczenie.


Agnieszka Lingas-Łoniewska sama nasuwa skojarzenia z Misery. Tylko warto spojrzeć. Kobieta i mężczyzna sami w domu, z którego nie ma jak dostać się do miasta, ona w dodatku największa fanka poczytnego pisarza. Mało tego autorka niejednokrotnie sama wprost wspomina tę powieść Króla Grozy. Tyle tylko, że zamiast przeszywającego dreszczowca, snuje romantyczną, pełną humoru i ciepła, świąteczną opowieść o dwójce samotnych, zagubionych serc. Klops i Zapałka są niczym ogień i woda. Totalnie różni, pochodzący z różnych światów, a do tego wiecznie toczą ze sobą kłótnie. Nie od dziś wiadomo, że przeciwieństwa się przyciągają, tak też jest tym razem. Silnie oddziałują na siebie. Jej spontaniczność zaczyna koić u niego rany przeszłości. Całość zaś toczy się leniwie i powoli, jak upływające domownikom dni, gdy pod koniec wszystko nabiera szybkiego tempa, a czytelnik jest całkowicie zaskoczony rozwojem akcji. Siła powieści tkwi w postaciach Anastazji i Huberta - dwójce barwnych bohaterów, w nieustającym humorze sytuacyjnym, dowcipnych dialogach i w tym co lubimy najbardziej, książce o książkach.


W lekkiej opowieści zawiera Agnieszka Lingas-Łoniewska poważne tematy straty bliskiej osoby, żałoby i próby odkupienia win. Pośród wzajemnych przepychanek, złośliwości i grania na nerwach, nagle robi się poważnie, by znów szybko mógł wrócić wesoły nastrój. Myliłby się ten, który doszukiwałby się jedynie miłego romansu na święta. Autorka snuje wzruszającą opowieść o życiowych zakrętach, jakie każdy może doświadczyć oraz o noszonym od lat bólu. To opowieść o zaufaniu, korzystaniu z drugiej szansy i zdradzie przychodzącej w najmniej oczekiwanym momencie i od osoby, po której byśmy się tego nie spodziewali.


Zasypani zakochani okrywają nas śnieżną pierzyną, rozgrzewają niczym ogień przy kominku, działają, jak ciepły koc i kubek gorącej czekolady. Chociaż to typowo świąteczna opowieść o cudzie Bożego Narodzenia, to można do niej wracać za każdym razem, gdy jest nam źle. Zawsze znajdzie się w niej ukojenie smutków i perspektywę, że jutro będzie lepiej.


Polecam. 

Moja ocena 7/10



                  Wydawanictwo Słowne 

wtorek, 14 grudnia 2021

SERIA WIEK MIŁOŚCI. WIEK NIENAWIŚCI, WIOLETTA SAWICKA

Dwudziesty wiek odcisnął niezatarte piętno na losach wielu polskich rodzin także, a może przede wszystkim pochodzących z Kresów. Ziemie te fascynują zamkniętą w niej epoką, która bezpowrotnie minęła. Zapisana w nurtach rzek i pamięci potomków tamtych ludzi, przywołuje wciąż nowe opowieści - wspomnienia. Wioletta Sawicka trafnie zatytułowała swoją nową sagę Wiek miłości. Wiek nienawiści poświęconą Kresowiakom i ich dramatycznym losom. Składają się na nią: Oleńka panienka z Białego Dworu, Franka w obcym domu, Maria dziewczyna z kwiatkiem we włosach oraz Anna gorzki smak miodu.


Oleńka Ostojańska, młoda ziemianka wychowana w patriotycznej rodzinie, mocno przywiązanej do dawnych obyczajów, zakochuje się z wzajemnością w niemieckim nauczycielu z sąsiedniego majątku, Joachimie Langer. Guwerner i poeta zarazem znajduje w niej natchnienie, ale też w jego wierszach zamknięta zostaje złowroga przepowiednia nowego XX stulecia naznaczonego miłością i nienawiścią zarazem. Kiedy młodzi planują wspólne życie, Ostojańscy zgodnie z tradycją szukają godnego córki męża. Gdy dowiadują się o jej miłości do Niemca, nie zgadzają się na mezalians. Kiedy zakochani planują ucieczkę, ma miejsce zdarzenie, które na zawsze zapisze się na ich dalszym życiu.


Wioletta Sawicka zabiera w podróż nurtami kresowych rzek Niemna, Wilii i Wołgi. Przemierzamy Litwę, Białoruś i Ukrainę poznając ludzi dla których hasło Bóg, Honor, Ojczyzna było silniejsze od miłości do rodziny. Stanowiły zachętę do walki o wolność. Zaczynamy w przededniu wybuchu I wojny światowej. Wielkiej Wojny, na którą czekali Polacy z utęsknieniem i nadzieją. Gdy nadeszła zaczęła nie tylko burzyć dotychczasowy porządek geopolityczny, ale i społeczny, jak również do głosu doszły zwłaszcza na Ukrainie antagonizmy narodowościowe. Dochodziło do mordów, rzezi i ziemii broczącej w krwi. Kiedy mężczyźni byli na wojnie, to kobiety musiały zadbać o byt rodziny, odnaleźć się w nowej sytuacji i dostosować do wymogów nowych czasów. One wychowywały w duchu patriotycznym potomstwo, wpajając im własne ideały. Nastąpił wiek silnych i wyemacypowanych kobiet. Emancypacja polegała na zrodzeniu się u nich politycznej świadomości i poglądów na sprawę polską, podjęciem się pracy zarobkowej czy wyjściem na pole, jak także obroną domu i dzieci przed wrogiem. Tęskniły za mężami, braćmi i synami, ale za żadną cenę nie wolno im było się poddać. Córka od matki musiała nauczyć się mądrości i odnaleźć wewnętrzną siłę przez całe ubiegłe stulecie. Z biegiem lat przyglądamy się burzliwym latom 30. później okupacji sowieckiej i hitlerowskiej Litwy i powojennej rzeczywistości. Poznajemy wrogi stosunek Litwinów i bolszewików nie tylko do Niemców - poznając przemilczane do dziś historię tułających się niemieckich sierot, zwanych wilczymi dziećmi, ale również do samych Polaków, głównie ziemiańskiego pochodzenia. Obserwujemy dramatyczne losy wypędzonych z własnego domu, zrujnowanych majątków, złamanych życiorysów i konieczności przystosowania się do nieludzkich czasów, zachowując przy tym wpojony w rodzinnym domu patriotyzm.


Saga oparta jest na podstawie historii rodziny samej autorki oraz zawiera niezwykle szeroko zakrojone tło społeczno - polityczne opisywanych czasów. Autorka zadbała o najmniejszy nawet szczegół nadający większej wiarygodności. Każdy z czterech tomów skupia się na innym okresie i innej bohaterce rodu Ostojańskich. Wioletta Sawicka snuje opowieść z ogromnym szacunkiem do człowieka naznaczonego piętnem nienawiści XX wieku i niczym mantra przewija się pytanie: jak to się stało, że ludzie ludziom zgotowali ten los? Autorka nie stroni przy tym również od brutalnych scen, ukazujących w pełni dramat tamtych pokoleń. Otula melancholii, nostalgii ale i rodowymi tajemnicami. Cykl czyta się z rosnącym zainteresowaniem i jednocześnie przerażeniem, wciąga i nie pozwala oderwać się od lektury. Uwaga łatwo przy nim o nie jedną zarwaną noc. Nam pozostaje czekać na piąty ostatni tom serii Viktoria miłość zza żelaznej kurtyny.


Polecam. 

Moja ocena 9/10






             Wydawanictwo Prószyński i S-ka 

piątek, 10 grudnia 2021

MROCZNY PIĄTEK: PUDEŁKO W KSZTAŁCIE SERCA, JOE HILL

Są debiuty stanowiące kamienie milowe w literaturze gatunkowej. Niewątpliwie należy do nich Pudełko w kształcie serca Joe Hilla, które rozpoczyna kingowo-hillową tradycję horrorową.


Judas Coyne, gwiazda rynku muzycznego należy do nie lada ekscentryków. Nie tylko jest gburowaty i traktujący kobiety, jedynie jako chwilową rozrywkę ale jego hobby, to kolekcjonowanie różnego rodzaju dziwności. Ma już księgę kucharską dla kanibali, pętlę sznura, na której ktoś się powiesił czy film z nagranym morderstwem. Kiedy od swego asystenta dowiaduje się o możliwości kupienia ducha wraz z garniturem, w jakim chciał być pochowanym, nie waha się nawet chwili. Nie przewidział, jakie pójdą za tym konsekwencje, a sprzedawca zwrotów nie przyjmuje.


Czytelnik otrzymuje rasowy horror, nawiązujący do klasyki grozy, m.in. do Kinga w miłości do motoryzacji i powieści drogi prowadzącej do przebaczenia dawnych win, nie brakuje Richarda Mathesona, Raya Bradbury czy Thomasa Ligottiego. Zawiera w sobie zarówno piękno stylu, stopniowe budowanie napięcia, które szybko osiąga punkt kulminacyjny i odtąd woli się czytać Pudełko w kształcie serca w dzień, a wieczorem koniecznie przy zapalonym świetle. Wszystko za sprawą mściwej i zdeterminowanej w osiągnięciu celu istoty. Nie brakuje elementów okultyzmu i tych grozowych fajerwerków, które umiejętnie podsycają strach. Mało jest napisać odnośnie do tej powieści, że czujemy się niezręcznie, my jesteśmy praktycznie od początku do końca przerażeni toczącą się walką między człowiekiem a poltergeistem. Jednocześnie Joe Hill łamie pewne schematy. Jego bohaterowie to nie tzw. dobrzy ludzie. Mają na swoim koncie wiele traum, od których szukają dróg ucieczki od tego, co boli mimo upływu lat. Jude to cyniczny drań, człowiek podstarzały za wszelką cenę pragnie zachować młodość i coraz nowymi romansami zagłuszyć wewnętrzny ból. Georgia także nie należy do aniołków i ma za sobą trudną przeszłość, podobnie do Jessici Price niekoniecznie będącą tylko pasierbicą gnębioną przez ducha ojczyma. Za wszystkim stoi plan realizowany ze sporą dokładnością i punkt po punkcie. Wraz z otwarciem tajemniczego pudełka, na świat wydostaje się najprawdziwszą i przebiegłe zło. Joe Hill umiejętnie wykorzystuje wszystkie te elementy, mające na celu wzbudzić najprawdziwszy strach. Straszy przepysznie do tego stopnia, że czytając powieść w nocy czy wieczorem czujemy się niekomfortowo, podskakujemy do góry na każde skrzypnięcie i puknięcie. Nie ma niczego zbędnego. Każda osobowość, każdy czyn, czy detal mają określone rolę do zbudowania osaczającej i dusznej atmosfery grozy. Kropla po kropli wlewa w nas lęk, panikę i uczucie bezradności wobec zła, będącego zawsze przed nami i bohaterami. Atmosfera strachu jest wszechobecna i na niej osadzona jest fabuła. Boimy się świata zmarłych i tego, co z niego z strony na stronę wyłania się z większą siłą, ale boją się także bohaterowie czyhającej na nich z każdego kąta, rogu ulicy śmierci.


Joe Hill udowadnia, jak bardzo horror jest pojemnym gatunkiem. Nie brakuje tematów trudnych, jak choćby przemoc w rodzinie, molestowanie nieletnich czy skrzywione na skutek doświadczeń osobowości. Wspólnie z tym, co nadprzyrodzone grają porażającą symfonię grozy.


Polecam. 

Moja ocena 9/10



                  Wydawanictwo Albatros 

czwartek, 2 grudnia 2021

DROGA, KTÓRĄ PRZESZŁAM. AGATA PRZYBYŁEK

Im więcej czytam powieści Agaty Przybyłek, tym bardziej zauważam, że czekam na to, czym znów zaskoczy. Każda z jej historii jest inna, nieporównywalna do poprzednich. Jedne działają mocniej na określony typ czytelnika, inne słabiej. Wszystkie odwołują się do bardzo konkretnych doświadczeń. Droga, którą przeszłam jest kompletnie inna od znanych nam opowieści snutych przez autorkę, jednocześnie odnajdujemy to, co jest u niej silną stroną, emocje.


Alicja i Dawid postanawiają przeprowadzić się z Płocka, na wieś. W nowym miejscu wszystko wydaje się odmienne od tego, co do tej pory znali. Stanowi wręcz idealne miejsce do pozbierania się po przeżytej tragedii i rozpoczęciu życia od nowa. Nowa znajoma kobiety, Tamara zdecydowanie pomoże w aklimatyzacji i poczuciu bycia u siebie.

Stefania przez lata bezskutecznie walczyła o  miłość matki. By zdobyć jej uczucia, była gotowa na wszystko. Od początku jej świat ograniczał się do taty, sąsiadki rodziców, Edyty i przyjaciela dziewczynki, Stasia. Jak drogi Alicji i Stefanii połączą się i co, to będzie oznaczać?


Zawsze przypominam o tym, jak współczesna cywilizacja wyparła śmierć z naszego postrzegania rzeczywistości. W pokoleniu naszych babć, prababć i praprababci była czymś całkowicie naturalnym, do czego z czym ludzie byli nie tylko pogodzeni, ale wręcz przyzwyczajeni. Niejednokrotnie zasiadali z nią do stołu i kładli się spać. Kobiety umierały w połogu, słabsze noworodki niedługo po urodzeniu, a mężczyźni na wojnie. Życie tamtych ludzi oswoiło nieco kostuchę. Wraz z rozwojem technologii i medycyny, została wyparta z umysłu, uciekamy przed nią, buntujemy się, a ona i tak, co pewien czas przypomina o sobie i wywołuje pustkę i poczucie bezsensu. Zwłaszcza, kiedy przychodzi pogodzić się ze śmiercią upragnionego dziecka. Matkę łączy z potomstwem szczególna więź, kiedy ulega zaburzeniu świat dziecka i rodzicielki rozsypuje się niczym domek z kart. Agata Przybyłek dotyka jednego z najważniejszych tematów, macierzyństwa. Dwie kobiety cierpiące z powodu różnych traum, noszące w sercu niezagojone rany. Obie przeszły długą i bolesną drogę po przeżytym tsunami, która obecnie wydaje się doprowadzić do punktu kulminacyjnego. Jaki będzie i jakie przyniesie skutki nikt nie potrafi przewidzieć. Obie cierpią, walczą o szczęście i pragną doświadczyć uczucia bycia i posiadania mamy. Przeżywają zazdrość z widoku tego, czego same mogą nigdy nie zaznać. Chociaż zastanawiamy się, jaki te dwie historie mają ze sobą związek, obie potrafią doprowadzić na skraj emocjonalnej wytrzymałości. Bolą, wywołują chęć zwinięcia się w kłębek i ukrycia przed tym, co rozdziera duszę i serce. Z niepokojem oczekujemy zakończenia, które gdy do niego dotrzemy, zwala z nóg. 


Droga, którą przeszłam to proza dojrzała, niezwykle subtelna, delikatna i z olbrzymim szacunkiem dla ludzkiego cierpienia. Nikogo nie osądza, lecz pokazuje ludzi, jakich można spotkać na codzień. Czytając odczuwamy niejednokrotnie onieśmielenie poznając kolejne fakty z życia tych dwóch poranionych kobiet. Żadna z przeczytanych przez mnie historii Agaty Przybyłek nie była, aż tak przygnębiająca, jak ta. Dotąd radość mieszała się cierpieniem, teraz praktycznie na każdym kroku, chcemy tylko wyć z bólu i z bezradności. Autorka snuje poruszającą opowieść pełną liryzmu i nostalgii. Chociaż jej książki zawsze są na jeden chaps, to ta wymaga nieco więcej czasu. Nagromadzony w nim ból po prostu nie pozwala iść szybko i doprowadza czytelnika na kres wytrzymałości. Na pewno warta poznania. 


Polecam. 

Moja ocena 8/10 



             Wydawanictwo Czwarta Strona