poniedziałek, 30 sierpnia 2021

DZIEŃ ROZRACHUNKU, JOHN GRISHAM

Zasłyszana przez Johna Grishama historia zabojstwa stała się podstawą do napisania Dnia rozrachunku, powieści która udowadnia jego mistrzowską formę.


Clanton, Missisipi rok 1946. Pete Banning, miejscowy plantator bawełny, weteran wojenny i szanowny członek miejscowej społeczności wstaje pewnego dnia rano, je śniadanie i z pozoru dzień ten niczym nie będzie się różnił od innych. Nikt nie wie o jego planach zabicia miejscowego pastora. Idzie do niego, oddaje trzy strzały i każe czarnoskóremu pracownikowi parafii powiadomić szeryfa. Zarówno podczas przesłuchania, jak w rozmowie z adwokatem i podczas procesu milczy. Powtarza jedno zdanie: Nie mam nic do powiedzenia. Nawet perspektywa kary śmierci na krześle elektrycznym nie robi na nim wrażenie. Nie wie tylko, że za chwilę jego dzieci będą musieli stoczyć sądowy bój z wdową po duchownym, żądającej wysokiego zadośćuczynienia. Spełnienia jej roszczeń oznacza utratę dla nich rodzinnego majątku.


Trudno mi porównywać Dzień rozrachunku z innymi powieściami Johna Grishama, gdyż czytałem tylko Demaskotora. To tym razem razem dostajemy opowieść zupełnie inną od tych, których byśmy się spodziewali. Nie ma wielkich korporacji ani spisków. Za to snuje opowieść o małym prowincjonalnym miasteczku lat 40, o koszmarze wojny i o rodzinie, którą wstrząsa poważny kryzys. O ludzkiej chciwości i dumie. Tu zbrodnia i związany z nią motyw jest tylko pretekstem do studium społecznego i człowieka. W Missisipi lat czterdziestych XX wieku panowała segregacja rasowa. Inne prawo dotyczyło czarnych, a i inne białych. Zabronione prawnie było współżycie z przedstawicielem innej rasy, co jednak bogatym farmerom nie przeszkadzało mieć po cichu czarnoskórych kochanek, ale przed światem wystepowali jako przykładni i praworządni obywatele. Murzyni bali się sądów i policji, aby przypadkiem nie zostać o coś oskarżonym. Nie mieli prawa wejść na uroczystości pogrzebowe w kościele, w którym zgromadzeni byli biali. Mimo tak krzywdzących zwyczajów i praw, byli dobrymi i wiernymi pracownikami plantacji. Byli świadkami narodzin kolejnego pokolenia i śmierci dotychczasowych właścicieli, strzegli rodzinnych tajemnic. Grisham oddaje genialnie atmosferę prowincji przywiązanej silnie do tradycji i ziemii. Tu wszyscy o wszystkich wiedzą, znają się i kierują się od zawsze przyjętymi zasadami. Przy tej okazji pokazana zostaje sytuacja kobiet w świecie zdominowanym przez mężczyzn oraz funkcjonowanie szpitali psychiatrycznych. Mąż nie tylko zarządzał majątkiem, ale był panem rodziny. On decydował, kiedy dzieci mogą wrócić do domu, mógł zamknąć żonę w zakładzie psychiatrycznym i zakazać odwiedzin. To społeczeństwo, w którym role i zadania są ściśle wyznaczone. 

Świat Dnia rozrachunku nie ogranicza się do amerykańskiego Południa ale przenosi na front w Filipinach w czasie II wojny światowej. Stajemy się świadkami kapitulacji Stanów i warunków życia amerykańskich jeńców. Ich marszu śmierci, nieludzkiego traktowania w japońskich obozach i walki o przetrwanie. Obserwujemy ludzi dla których jedyną nadzieją na przetrwanie koszmaru, był powrót do domu i bliskich. Przeraża ogromem okrucieństwa i bestialstwa. Przy czym część ta jest niezbędna do zrozumienia Pete'a i jego późniejszych motywów zabicia duchownego. 


Grisham poza genialnie ukazanym tłem społecznym, stworzył bardzo wyrazistych bohaterów. Od początku wiadomo, kto jest dobry, a kto zły, co nie przeszkadza w zadumie nad ludzkim postępowaniem. Wszyscy kierują się własnymi normami i interesem. Dla jednych jest to zachowanie resztek zszarganego honoru i rodowej spuścizny, dla innych okazja do łatwego wzbogacenia się. Zaspokojenie własnej próżności. W świetle sądowych batalii najlepiej ujawniają się charaktery bohaterów. Wielkość i karierowiczostwo. Przy czym rodzinny dramat staje się okazją do refleksji nad tym, jak funkcjonowali Banningowie. Ich stylu życia, zasad jakimi się kierowali, stosunkiem do pracowników plantacji i przede wszystkim pytanie: co bohatera wojennego mogło pachnąć do morderstwa? Drugie pytanie jakie zadaje sobie czytelnik to, czy można było uniknąć tragedii? Oczywiście sylwetki są tak skonstruowane, ich mechanizmy działania tak ukazane, że albo wzbudzają sympatię albo antypatię. 


Dzień rozrachunku łączy w sobie elementy powieści obyczajowej i trzymającego do końca w napięciu thrillera prawniczego. Grisham wnika w kruczki prawne, ukazuje funkcjonowanie sądów i kancelarii adwokackich, jak wyglądał proces oskarżonego o morderstwo w latach 40 XX wieku. Wszystko to potęguje dramat walki o życie człowieka, a potem o zachowanie rodowego majątku. Dramat ludzi, którzy przez jeden czyn mogą być pozbawieni tego, na co ich przodkowie pracowali od stu lat. Chociaż domyślamy się motywu i finału prawnej batalii, to zakończenie potrafi zaskoczyć. Tytułowy dzień rozrachunku, to nie tylko wystawienie rachunku za wyrządzoną krzywdę, ale też rozliczenie się z Ameryką czarno-białą i rasizmem. Stanowi prawdziwy majstersztyk. Ci co nie znali wcześniej Johna Grishama, będą chcieli czytać więcej jego książek, zaś fani będą wiedzieli za co, tak jest przez nich uwielbiany. 


Polecam. 

Moja ocena 9/10 



                  Wydawanictwo Albatros 













piątek, 27 sierpnia 2021

MROCZNY PIĄTEK: HISTORIA LISEY, STEPHEN KING

Kiedy Król Horroru zabiera się za napisanie lovestory, to już sam pomysł intryguje. Zwłaszcza jeśli robi to po swojemu, tworząc krwawą i mroczną opowieść o żałobie. Do tego dołożyć aspekt osobisty Stephena Kinga, to można spodziewać się prawdziwego tsunami. Tyle tylko, że Historia Lisey potrafi wywołać całkiem skrajne emocje.


Lisey Landon po dwudziestu pięciu latach życia z ukochanym mężem, Scottem, musi teraz po jego śmierci żyć samotnie. Dla świata był uwielbianym przez czytelników autorem horroru, dla niej na zawsze zostanie miłością życia. Chociaż minęły dwa lata od pogrzebu, kobieta dalej cierpi i nie potrafi pogodzić się ze stratą. Wciąż go widzi, słyszy i z nim rozmawia. Obecnie musi zmierzyć się z szantażystą, który za pomocą gróźb chce przejąć dokumenty po jej mężu, jak również nowym problemem rodzinnym. Zostaje jej cofnąć się pamięcią do źródeł inspiracji Scotta i tam szukać pomocy.


Uwielbiam historie miłosne wychodzące spod pióra Stephena Kinga, zwłaszcza opowiadzianą w Dallas'63. To  Historia Lisey nie jest typowym lovestory. Raz, że dotyka tematu żałoby i życia po stracie ukochanej osoby, po drugie zaś trudno znaleźć w niej coś romantycznego. Nie brakuje za to krwi i przemocy. Porusza kwestie ludzi dążących do samounicestwienia. Dokonują oni samookaleczeń kierowani przeróżnymi pobudkami, albo podejmują próbę samobójczą. Ponadto nie stroni od tego co trudne, z całą pewnością należy zaliczyć problem przemocy domowej, traum z dzieciństwa rzutujących na dorosłe życie. W tym też miejscu rodzi się dwutorowa interpretacja. Na początku ukazane przez Kinga dorastanie przy boku sadystycznego ojca, wydaje się chorobą psychiczną mężczyzny. Schizofrenią przekazywaną dziedziczenie, która połączona z traumą prowadzi do infantylności. Jednak nadchodzi moment, kiedy King zasiewa ziarno niepewności, czy jednak nie stoi za tym paranormalna siła.


Równocześnie wprowadza postać psychopatycznego fana, a znając wcześniejsze powieści Mistrza, słysząc psychopatyczny fan, można zacząć się bać. Chce on uratować twórczość pisarza, widząc dla niej zagrożenie w osobie wdowy. Z każdym dniem osacza ją i staje się realnym zagrożeniem. Odbiega on od obrazu Annie Wilkes z Misery. Działa na zlecenie, może zrobić ze swą ofiarą wszystko, ona zaś nigdy nie wie, kiedy przyjdzie zagrożenie. Przy czym Annie to ucieleśnienie zła, kosmicznej siły, bóstwa, on zaś bywa groteskowy, a nie straszny. Jest przy tym coś, co łączy go z osobą największej fanki. To bezwzględny i okrutny sposób działania oraz determinacja w osiągnięciu celu. 


Zło przybiera zarówno ludzką postać, jak również nadprzyrodzoną. To ostatnie dostaje się do umysłu, krąży w krwioobiegu i ostatecznie zamienia człowieka w potwora zdolnego skrzywdzić bliskich. Ono czyha, obserwuje, jest ze swą ofiarą na zawsze i nigdy już nie uda się przed nim uciec, ani uwolnić. Długo czytelnik może go nie dostrzegać, ba nawet lekceważyć aż nie przekona się, że jest to prawdziwy potwór. Doprowadza do obłędu i śmierci. Wiecznie głodny, łowca ciągle polujący na nowe ofiary. 


Historia Lisey to najbardziej wymagająca powieść Kinga, jaką do tej pory czytałem. Jest tak za sprawą zarówno prowadzenia fabuły, w którą początkowo bardzo trudno wejść, jak i języka jakim posługuje się autor. Są nieustanne skoki w czasoprzestrzeni nie ułatwiające czytania i do których trzeba się przyzwyczaić. King przechodzi samego siebie w tworzeniu nowych słów: smerdolone, złamazie itp. To mi w prawdzie nie przeszkadzało, bo King zdążył już przyzwyczaić czytelników do swojego stylu, ale kiedy dorosły mężczyzna mówi jak dziecko, na przykład tatuś pedział, to wyglądało groteskowo i irytowało. Dopiero kiedy dochodzi się do momentu, że wszystkie elementy zaczynają się ze sobą łączyć, wtedy lepiej rozumie się skąd bierze się ten specyficzny sposób narracji. 


Historia Lisey łączy w sobie cechy powieści obyczajowej-szczególnie kiedy poznajemy życie tytułowej bohaterki z mężem i jej relacje z siostrami, kryminału, horroru i wreszcie fantastyki. Król doskonale nimi żągluje i nieustannie zmienia konwencję.  Co akurat dla mnie było to zabiegiem ciekawym. Zachowuje odpowiednie proporcje i sprawia, że gatunki te uzupełniają wszystkie potrzebne luki. Na ich tle dość ciekawie wypada postać Lisey. Żona, która żyje w cieniu sławnego męża. Potem wdowa mająca problem z przeżyciem żałoby, której współczujemy. Postrzegana jako lalunia. Podczas gdy jest to silna kobieta, którą nie tak łatwo zastraszyć. W prawdzie są momenty, kiedy mnie irytowała, ale w sumie ostatecznie potrafi wzbudzić sympatię i szacunek. 


Z pewnością nie jest to najlepsza powieść Stephena Kinga, ale ma w sobie wiele cech wspólnych z wcześniejszych jego książek. Zachwyca sposobem w jaki Król opowiada o sile miłości zdolnej przezwyciężyć śmierć i demony przeszłości. O sile rodzeństwa, które dba o siebie i troszczy się wzajemnie. To są iskierki dobra, które są w stanie rozproszyć zło. Historia Lisey nie jest prosta w lekturze, chociaż w pewnym momencie, zaczyna się czytać ją gładko i daje dużo satysfakcji. 


Polecam. 

Moja ocena 7/10 


           Wydawanictwo Prószyński i S-ka 




środa, 25 sierpnia 2021

WYSPA & PEWNEJ SIERPNIOWEJ NOCY, VICTORIA HISLOP

Ostatnia kolonia trędowatych w Europie znajdowała się na jednej z wysp Krety, Spinalondze. Na początku była pod zarządem weneckich kolonizatorów, potem w XVIII wieku znalazła się pod panowaniem Imperium Osmańskiego. Po odzyskaniu przez Grecję niepodległości w 1898 r. Turcy opuścili wyspę, jednak jej mieszkańcy nie chcieli podporządkować się greckim rządom. Stąd w 1903 r. władze Krety zamienili ją na miejsce zsyłki chorych na trąd. Dopiero w 1957 r. po wynalezieniu leku pozwalającego na skuteczne wyleczenie choroby, ostatni osadnicy opuścili ją wracając do swoich rodzin. Historia Spinalongii jako kolonii trędowatych stała się dla Victorii Hislop inspiracją do napisania Wyspy, powieści o czterech pokoleniach kobiet, a potem jej kontynuacji Pewnej sierpniowej nocy.


Alexis, młoda Angielka i córka greckiej imigrantki Sophii, tuż przed zbliżającym się jej ślubem z Edem chce lepiej poznać rodzinne strony matki. Tym bardziej, że ma coraz więcej wątpliwości do związku z mężczyzną, z którym tak wiele ją różni. Wyrusza w samotną podróż na Kretę, gdzie ma spotkać się z Fotini - dawną przyjaciółką jej babki Anny i ciotki, Marii. To od niej poznaje tragiczne dzieje z przeszłości swoich przodków, o których matka nigdy nie chciała opowiadać. Poznaje historię Spinalongii, wyspy która zafascynowała ją zaraz po przyjeździe i która jest nierozerwalnie związana z przeszłością jej rodziny. 


Pierwsze co nasuwa się na myśl przy lekturze zarówno Wyspy jak i Pewnej sierpniowej nocy to dramat rodzin, których członkowie zostali zawiezieni na Spinalongę. Oznaczało to de facto jego utracenie na zawsze. A ci co zostali, naznaczeni piętnem czegoś wstydliwego, czegoś co należy ukryć przed światem dla własnego dobra. Nic dziwnego, że chorzy i ich najbliżsi ukrywali chorobę tak długo, jak to tylko było możliwe. Mimo to w końcu dochodziło do rozstania. Rodzice żegnający dzieci, małżonkowie zmuszeni żyć oddzielnie. Jedni i drudzy zmuszeni odtąd funkcjonować w zupełnie nowych warunkach. Przy czym ma się wrażenie, że tym, co znaleźli się na Spinalondze było łatwiej. Na początku towarzyszył im strach, kiedy zamknęła się brama tunelu prowadzącego do osady. Tęsknota za tymi, których zostawili. Konieczność pogodzenia się z chorobą i budowanie chociaż namiastki dawnego życia. Jednak wbrew temu, jak można wyobrazić sobie Spinalongę jako miejsca posępnego, w którym czeka się już tylko na śmierć, wyspa potrafiła zaskoczyć. Miała kościół, szpital, domy, sklep, ulice przypominające te znane z Plaki. Zawiązazywały się przyjaźnie i nie brakowało również animozji. Zawsze pojawili się ci, co pomogli zaadaptować się do nowych warunków. Tu wszyscy byli sobie równi. Życie w Place nie było prostsze. Poza tęsknotą i także koniecznością zaakceptowania obecnej rzeczywistości, zmuszeni byli do radzenia sobie z dodatkowymi obowiązkami i stygmatyzacji. Zarówno ludzie wykształceni, jak prości rybacy widzieli trąd opisany w Biblii, czyli jako coś wstydliwego, chorobę dziedziczną i taką, którą łatwo się zarazić. Podczas gdy do zakażenia może dojść przy bardzo bliskim kontakcie i to też nie zawsze. Panował pogląd, że choroba doprowadza do fizycznych zniekształceń ciała, podczas gdy wcale nie musi do nich dojść i przez wiele lat może ona nie dawać żadnych oznak. Ta ignorancja i uprzedzenia niejednokrotnie dostarczały bliskim dodatkowej udręki. 


Świat opisany przez Victorię Hislop to nie tylko trąd, to także ludzie pełni pasji, namiętności, gniewu, zazdrości i ludzkich słabości. Jedni z odwagą stawiają czoła rodzinnej tragedii, inni zaś buntują się i rozpaczliwie próbują przed nią uciec. Jedni czerpią siłę z rodziny, inni chcą się od niej odciąć i zapomnieć. Wszyscy jednak szukają drogi do szczęścia i zapomnienia o tym, co tak bardzo boli. Mam wrażenie, że w tej powieści nie ma ludzi złych, chociaż oczywiście nie wszyscy budzą sympatię. Ci negatywni są po prostu zagubieni, zbyt dumni by pokazać swe cierpienie i przyznać się do błędu. Nie brakuje lekarzy i nauczycieli z powołania, wykonywany zawód jest ich pasją i misją. Jedni leczą i szukają leku na nieuleczalnie chorobę, drudzy wierzą w konieczność kształcenia dzieci i młodzieży mimo ich choroby. Jednocześnie to świat w którym przeplata się chrześcijaństwo z wiarą antycznej Grecji. Pełno zabobonów, wiary w fatum czyli, że los człowieka przesądzony jest przez jego przodków. Nie przeszkadza to jednak z wiary w Boga czerpać siły do walki z przeszkodami. Ona nie tylko niesie im pociechę, ale też nie pozwala się załamać. 


Victoria Hislop snuje pełną melancholii opowieść o miłości, rodzinie, przyjaźni i wewnętrznej sile zdolnej przeciwstawić się chorobie. Niesie ona nadzieję, a nie przygniata ciężarem tematu. Pełna emocji, smaków greckiego jedzenia i wina, zapachów i tych, co chcą żyć pełnią życia. Genialnie ukazuje nie tylko temperament Greków, ich sposób postrzegania świata, zwyczaje i tradycje ale odwołuje się do historii Grecji na tle, której toczą się losy bohaterów. Wpada się w nią jak śliwka w kompot i na koniec jest żal, że to już koniec. Pozostaje zaś wiara w lepsze jutro. To, co wydaje się kresem wszystkiego, jest dopiero początkiem czegoś zupełnie nowego. 


Polecam. 

Moja ocena 9/10 




                  Wydawanictwo Albatros 















niedziela, 22 sierpnia 2021

SEZON DRUGI, MAX CZORNYJ

Popularność jaką zdobyły reality show pokazują, że lubimy podglądać życie innych. Obserwować co dzieje się za drzwiami czyjegoś domu. Każdy tego typu program emitowany jest w najlepszym czasie antenowym i cieszy się sporą oglądalnością. Nikt by nie pomyślał, że może stać się on areną walki na śmierć i życie. Na pomysł ten wpadł Max Czornyj w Sezonie drugim.


Ewa od dawna uczęszcza na terapię i zmaga się z uzależnieniem od alkoholu. Ma problemy porozumieć się z otoczeniem i nawet z najbliższą przyjaciółką ciężko się dogaduje. Kiedy dowiaduje się, że dostała się do reality show, w którym do wygrania jest milion złotych, widzi w tym szansę na zaczęcie wszystkiego od nowa. Zasady programu mówią, że przez rok z dobranym do niej mężczyzną ma grać małżeństwo. Wspólnie z nim zamieszkać, współżyć i walczyć o popularność u widzów. Nie wie tylko o drobnym szczególe, że uczestniczka pierwszego sezonu programu zginęła w trakcie jego trwania. Śmierć ta wpłynęła na wzrost zainteresowania u widzów i dochodów stacji. Jak wiele nowa para będzie w stanie zaryzykować?


Max Czornyj pokazuje, że bez morza krwi i flaków potrafi stworzyć trzymający w napięciu thriller psychologiczny. Wszystko za sprawą tak poprowadzonej narracji, że czytelnik czuje się, jakby sam zamienił się w widza widowiska. Zaczyna się jeszcze od kulis. Od podpisania umowy z milionem różnych warunków niepodlegających negocjacjom. No i start. Zaczęła się rywalizacja pod okiem kamer. Magia ekranu w niczym nie zgadza się z rzeczywistością. Uczestnicy nie są tacy, za jakich pragną uchodzić. Mają swoje bolesne sekrety i traumę, z którą muszą żyć. W tym miejscu dotyka się bardzo ważnej kwestii. Etyki. Czy wszystko jest na sprzedaż? Czy walcząc o słupki popularności realizatorzy mają prawo wyciągać najbardziej bolesne fakty z życia graczy? Jednocześnie cały czas rodzi się pytanie, jak bardzo i jak długo można udawać kogoś zupełnie innego? Jednocześnie obserwujemy oba sezony reality show - oczywiście ja co nie czytam tytułów rozdziałów zorientowałem się dopiero w jednej czwartej książki--dzięki czemu coraz lepiej poznajemy bohaterów, ich emocje i rozterki, jak również wpływ pierwszego sezonu na to, co dzieje się w drugim.


Sezon drugi ma klaustrofobiczną atmosferę, czujemy rosnący niepokój i brak możliwości ucieczki przed tym, co nadchodzi. Czornyj nie tylko znakomicie gra na emocjach bohaterów ale i czytelnika. Sprawia, że kibicuje się uczestnikom widowiska i zastanawia, jaki będzie finał. Pod prostą w zasadzie fabułą dotyka trudnych tematów: śmierci i żałoby, depresji, przemocy domowej. Zastanawiamy się czym jest podyktowana desparacka chęć utrzymania się w programie. Chciwością czy lękiem powrotu do świata, z którego chciało się uciec? Ta powieść nie daje spokoju jeszcze po zakończonej lekturze.


Polecam. 

Moja ocena 8/10



                    Wydawanictwo Filia








sobota, 21 sierpnia 2021

FRANEK I FINKA. CYRK UMARŁYCH MAKABRESEK, ANETA JADOWSKA

O powstaniu książki często decyduje przypadek albo czytelnik. Ten ostatni, a raczej trójka siostrzeńców Anety Jadowskej sprawiła, że pisarka napisała powieść dla dzieci. Nieustannie bowiem pytali się, kiedy będą mogli ją czytać, odpowiedź brzmiała "jak będą duzi" . Widać, że kropla drąży skałę i oto jest historia o rezolutnym rodzeństwie. Poznajcie Franka i Finkę. Cyrk umarłych makabresek.


Mama Franka i Finki jest chora na raka. Do tej pory rodzice trzymali to w tajemnicy przed dziećmi, ale gdy dziewczynka przypadkowo usłyszała ich rozmowę, musieli stawić czoła sytuacji. Kobietę czeka chemioterapia i dłuższy pobyt w szpitalu, stąd tegoroczne wakacje rodzeństwo spędzi u dziadka. Nie widzieli go od bardzo dawna, nie pamiętają nic ze wczesnego dzieciństwa dzięki magii użytej przez mamę. Teraz jednak dowiadują się, że jest on właścicielem cyrku za Bramą prowadzącą do świata istot magicznych. Mężczyzna jest dość ekscentryczny i wygląda jak skrzyżowanie Świętego Mikołaja z Willim Wonkiem. Bliźniaki w nowym miejscu nie tylko odkryją swoje nowe umiejętności ale i będą musieli rozwikłać zagadkę kryminalną.


Aneta Jadowska nieustannie zaskakuje, kiedy wydaje się, że już nic lepszego nie może wyjść spod jej pióra, ona tworzy kolejną niesamowitą opowieść nie z tego świata. Nie inaczej jest w przypadku literatury dziecięcej. Jest smok, wiedźma, nekromanta z armią kościstych stworów, a wszystko kipi od czarów. Wraz z bliźniakami wchodzimy w świat magii. Poznajemy cyrkowe zwierzęta, jedne bardziej, inne mniej przyjazne. Spotykamy wiedźmę o darze widzenia przyszłości. No i oczywiście pojawiają się dziwne rzeczy, np. fioletowe fafrocle i złota, ognista powłoka. W tym świecie nie ma czasu na nudę. Zadba o to duet Franka i Finki. On przyszły malarz, artysta nierozumiany przez rodzinę i ona książkowy mol o detektywistycznej smykałce. Jedno bardziej żywiołowe, drugie spokojniejsze. Oboje jednak odważni, oddani sobie i swoim bliskim.


Poza fabułą, która wciąga nawet dorosłych i z całego serca kibicujemy bohaterom, by wyszli z tarapatów, nie brakuje wartości jakie chce Jadowska przekazać najmłodszym swoim czytelnikom. Siła rodziny, oddanie i troska o bliskie osoby, przyjaźń, umiejętność gaszenia sporów i wspólnego działania, uczciwa rywalizacja. Nie unika przy tym trudnych kwestii jak choćby śmierć i choroba, lęk przed stratą przy czym nie przytłacza tym czytelnika, ale tchnie nadzieją.  Robi to po swojemu. Początkowo wszystko ma nieco baśniowy charakter, aby stopniowo przechodzić w powieść kryminalną, gdzie od rozwiązania zagadki zależy los całego cyrku. Jadowska przy tym czerpie całymi garściami z klasyki odwołując się do Braci Grimm czy Psa Baskervillów, jak również do współczesnej literatury fantastycznej kierowanej do dzieci, zwłaszcza do Ricka Riordana. 


Ci co podejrzewają Anetę Jadowską o posiadanie magicznych umiejętności, teraz jeszcze bardziej utwierdzą się w swych podejrzeniach. Franek i Finka. Cyrk umarłych makabresek to kwintesencja tego, z czego znamy tę autorkę. Są cięte dialogi, humor i akcja trzymająca w napięciu do końca. Przy czym powieść jest skierowana do nieco starszych dzieci, jedenaście dwanaście lat. Maluchów mogłaby za bardzo straszyć. Nie mniej jednak życzyłbym sobie więcej takich historii, które są nie tylko zabawne ale i mądre. 


Polecam. 

Moja ocena 9/10 



                  Wydawanictwo Zygzaki









piątek, 20 sierpnia 2021

MROCZNY PIĄTEK: WIELKI MARSZ, STEPHEN KING

Każda powieść Stephena Kinga jest dla jego fanów nie lada gratką. Nie ma znaczenia czy to jest nowość, czy "stary" King, chociaż umówmy się, nie wszystkie są na tym samym wysokim poziomie. Jednak jeśli chodzi o temat śmierci, to Król Horroru nie ma sobie równych. Tak jest też w przypadku Wielkiego marszu.


Sama fabuła jest bardzo prosta. Stany Zjednoczone w bliżej nie określonej przyszłości. Stu losowo wybranych chłopców zostaje wybranych do udziału w co rocznym wydarzeniu zwanym Wielkim marszem. Jest on dla Amerykanów świętem, gromadzącym tłumy widzów na ulicach miejsc w których przebiega. Tyle tylko, że nie ma on mety. Każdy uczestnik musi iść 6 km na godzinę, jeżeli zwolni, czeka go upomnienie, po trzecim upomnieniu zostaje zabity. Koniec jest wtedy, gdy zostanie tylko jeden uczestnik. Nie ma w nim więc miejsca na zasady fair play czy sportową rywalizację.


Wielki marsz na pewno jest dystopią. Pokazuje pewien zwyczaj USA będący pod wojskowym zarządem. Tyle tylko, że ogranicza się ono do jednego tylko, dość makabrycznego wydarzenia i zostawia szerokie pole dla wyobraźni czytelnika. Jak wygląda życie ludzi? Jaki jest ustrój? Jakie prawa? Na pierwsze pytanie King odpowiada, że nie wiele różni się od naszego. Młodzi zakochują się, przeżywają pierwsze miłości, snują plany i pobierają się. Ot tak wszystko zwyczajnie, tyle tylko, że jest to życie w strachu. Nigdy nie wiadomo, czy czyjś syn, chłopak lub mąż nie zostanie wylosowany do morderczego maratonu. Niby ma prawo do rezygnacji, ale tego nie robi. Zresztą w pewnym momencie czytelnik zadaje sobie pytanie, czy rzeczywiście może zrezygnować. Człowiek w Wielkim marszu zostaje obdarty z wszelkich praw. Może tylko iść wyznaczonym tempem, nie wolno się zatrzymać nawet na załatwienie potrzeb fizjologicznych, rozciągnięcie skurczu itp. 


Jednak ta niewielka objętościowo powieść Mistrza dla mnie jest też horrorem. Straszy ona na zupełnie innym poziomie niż tym, do którego przyzwyczaił czytelników. Tu nie ma upiórów czy dziwnych paranormalnych zjawisk, lecz groza tkwi zarówno w tytułowym Wielkim marszu, jak i w ludziach. Początkowo nie rozumie się błagania zrozpaczonej matki, by syn wycofał się z marszu. Dopiero gdy zawodnicy wyruszą, gdy pada pierwszy strzał do uczestnika, wtedy dopiero już wie się, czym on tak na prawdę jest. Potem robi się jeszcze gorzej. Przeraża człowiek dla którego śmierć stanowi formę rozrywki i za nic ma ból bliskich zmarłego po stracie. Liczą się emocje i aby dobrze się bawić. Widzów nie wzrusza nawet widok dokonywanej egzekucji, oni nadal czerpią z tego przyjemność. Zajadają się przysmakami widząc głodnych i wycieńczonych maratończyków. Śmierć, która nas przeraża swym złowrogim wyglądem, od której ma się ochotę uciec, schować przed nią, którą wręcz chciałoby się oszukać i znaleźć nieśmiertelność, staje się formą rozrywki mas. Przestała robić wrażenie. Rozrywką staje się rozpacz matki po stracie syna. A nie brakuje też tych, których śmierć cieszy. Którzy czerpią z niej satysfakcję. To zatem co dziś wywołuje lęk, szybko może stać się dobrym towarem eksportowym. 


King przemyca też dobro ukryte w relacjach jakie zawiązują się między uczestnikami. Mimo pojawiających się antypatii, rodzi się też przyjaźń. Dopingowanie kolegę by dalej parł do przodu. Chęć pomocy, oglądanie się za przyjacielem w tyle. Tyle tylko, że w zezwierzęconym świecie ona też ma swoje granice. Przychodzi moment kiedy każdy musi liczyć na siebie. Siłę czerpać z własnego umysłu walczącego z cielesnymi ograniczeniami. Z upałem, głodem, pragnieniem, czy bolącymi nogami. Cały czas trzeba iść, iść by przetrwać, by wrócić do tych, których się kocha. W tym tkwi sposób wygrania ze śmiercią, porzucenie ludzkich instynktów i wiara w przetrwanie, ważny staje się cel. Chociaż na końcu czeka obłęd. 


Wielki marsz zdecydowanie wpisuje się w grono najlepszych powieści Stephena Kinga. O niej nie sposób zapomnieć, mimo że jest jednowątkowa wciąga i hipnotyzuje widmem drogi nie mającej końca. King zawarł w niej całą masę tematów. Przyjaźń, śmierć, istota człowieczeństwa, instynkty pierwotne i przede wszystkim wolę człowieka by przetrwać. Niepokoi, przeraża, obrzydza, sprawia, że nie sposób odłożyć ją na bok, aż nie dotrze się do końca. 


Polecam. 

Moja ocena 9 /10 



           Wydawanictwo Prószyński i S-ka 



środa, 18 sierpnia 2021

GRÓB, MAX CZORNYJ

Max Czornyj nie stroni od zwyrodnialców i w Grobie udowadnia, że żadnym czasom nie brakuje szaleńców.


Podczas protestu ekologów na prowadzoną budowę na terenie podgdańskiego lasu, robotnicy odkrywają masowy grób. Wszystko wskazuje na to, że albo jest to dzieło seryjnego mordercy sprzed lat albo ofiary II wojny światowej - ludzie poddawani eksperymentom medycznym przez nazistów. Sprawę przejmuje komisarz Liza Langer i profiler Orest Rembert. Tuż po przejęciu przez nich śledztwa, miejscowy biznesmen dostaje pogrożki oraz ginie bez śladu młoda narkomanka. Komuś zaś jest bardzo nie na rękę, że Langer i Rembert próbują rozwikłać zagadkę z pozoru nie związanych z sobą wydarzeń.


Nie będę ukrywał, że do Ślepca mam szczególny sentyment z powodu, że stanowił on moje pierwsze i jakże udane spotkanie z Maxem Czornyjem. Stąd też mocno trzymałem kciuki, aby powrócił duet Liza i Orest. Tak minął ponad rok od premiery drugiej części, a ja dopiero teraz poznałem ich dalsze losy. Dlaczego tak późno? Może bałem się rozczarowania, że pryśnie pierwotny czar, a zadziała prawo gorszej kontynuacji. Tak się jednak nie stało. Grób podobnie jak jego poprzednik można odczytywać w dwojaki sposób. Raz czysto tekstowo, potraktować go jako czystą, acz makabryczną rozrywkę ale można wejść w niego znacznie głębiej. Tu już makabra oczywiście dalej jest obecna, ale gra już drugie skrzypce, a wysuwa się przed nią temat żałoby i radzenia sobie z nią. Bohaterowie cierpią po stracie ukochanych osób, tak jak Langer dopada depresja w postaci deszczowego psa, który zwłaszcza przy obecnej sprawie mocno wyje. Atakuje i kąsa. Formą ucieczki przed nim jest praca i przybranie grubego pancerza, spod którego wydaje się ona być osobą zimną i niedostępną. Tak czytając powieść mam wrażenie, że dopiero w pełni się ją poznaje. Prywatne historie pary dochodzeniowców idą równolegle z prowadzonymi przez nich sprawami. Czornyj w prawdzie nie daje złotego środka na tę chorobę, ale pokazuje, że wcale nie musi ona mieć ostatniego zdania.


To niejedyne tematy poruszone przez autora. Dotyka on również kwestii eugeniki i tzw. misjonarzy chcących zbawić ludzkość Ludzie ci w przeciwieństwie do prawdziwych filantropów i osób niosących dobro, to szaleńcy będący w stanie zabić tylko po to, by realizować własny obłąkańczy plan. Za nic mają zadawane swym ofiarom cierpienie, mało tego wręcz potęgują zadawany ból, czerpiąc z tego prawdziwą satysfakcję. Biorąc pod uwagę natomiast, że w czasie wojny rzeczywiście były przeprawadzane eksperymenty na ludziach, fabuła mrozi krew w żyłach.


Twierdziłem i twierdzę dalej, że cykl o Lizie Langer i Oreście Rembercie stoi u mnie wyżej niż Eryk Deryło. Tu fascynuje wszystko zagadka, para głównych bohaterów i relacja między nimi. Przede wszystkim, że jest czymś więcej niż literaturą rozrywkową. Mam cichą nadzieję, że jeszcze uda mi się spotkać z nimi spotkać.


Polecam. 

Moja ocena 8/10



                 Wydawanictwo Filia