niedziela, 7 listopada 2021

MIŁOŚĆ I WOJNA, MAX CZORNYJ

Seria wojennych opowieści spod pióra Maxa Czornyja są dla czytelników nie lada niespodzianką. Cały czas mamy w pamięci historie pełne makabry, a tymczasem autor daje się poznać w zdecydowanie łagodniejszej formie. Miłość i wojna jest po Córce nazisty najlepszym tego przykładem.


Łódź była dla wielu Ziemią Obiecaną, do której zmierzali. Tu rodziły się wielkie majątki fabrykantów głównie pochodzenia niemieckiego, równocześnie nie brakowało tych żyjących w skrajnej nędzy. Franciszek Franz Brilke miał szczęście należeć do zamożnych mieszczan. W rękach jego ojca był antykwariat dzieł sztuki i kamienica. Tyle, że zawsze wypominano mu pochodzenie, od dzieciństwa musiał nieustannie udowadniać swą polskość. Z czasem zdążył się do tego przyzwyczaić i wieść normalne życie. Wraz z pojawieniem się tajemniczej Ewy, która zamieszkała w jego domu, burzy się dla sporej części ludzi dotychczasowa poukładana egzystencja. W powietrzu wyczuwa się zbliżającą katastrofę i wzajemnie napięte relacje, które dopełnią się wraz z wybuchem wojny. Osiemdziesiąt lat później córka Franciszka czyta skierowany do niej list od ojca, z którego dowiaduje się o swoich korzeniach i losach rodziny. 


Max Czornyj podobnie jak w krwawych dreszczowcach, ewidentnie dobrze czuje się w powieściach obyczajowych, w których z dużą precyzją odmalowuje tło społeczno - historyczne. Ukazuje Łódź taką, jaką była w okresie międzywojennym. Miasto wielu narodowości i wielu kultur, których przedstawiciele wypracowali pewien modus operandi zgodnego współżycia. Jednak wraz z 1938 r. dochodzi do coraz częstszych podziałów na Polaków i Niemców, które osiągną swe apogeum po wrześniu '39 r. Wraz z bohaterami wędrujemy po Pietrynie, czyli ulicy Piotrkowskiej. Zaglądamy do mieszczańskich kamienic. Bierzemy udział w zabawach karnawałowych. Poznajemy handlarzy dzieł sztuki, potrafiących bez mrugnięcia okiem odróżnić falsyfikat od oryginału. Opowiadać przedstawioną na obrazie scenę, nadając jej życia i ożywiając namalowane postacie, które zaczynają iść własną drogą. Normalność kończy się, gdy docieramy do okupowanej Łodzi, a potem Warszawy. Rysują się choćby getta i koszmar milionów Polaków. Czornyj dodaje do tego parę metafor, które stają się w pełni jasne, dopiero po poznaniu całej powieści. Mimo, że właśnie te opisy dominują w pierwszej części, to ostatecznie mają doprowadzić do punktu kulminacyjnego, w którym zakazana miłość i zakazana odtąd przyjaźń rozbrzmią z całą siłą. Należy przy tym podkreślić, że próżno doszukiwać się ciekawostek historycznych, gdyż główny akcent skierowany jest na ludzi tamtych czasów, którzy nagle stają się współczesnemu czytelnikowi bardzo bliscy. Tak samo przeżywali pierwszą miłość, nawiązywali szkolne przyjaźnie zdolne przetrwać z upływem lat, czy nie brakowało między nimi kłótni i rodzinnych sporów. II wojna światowa położyła kres znanemu im świata, rozpoczynając obcą rzeczywistość terroru, strachu i dzielenia na "swoich" i "obcych". Gdyby autor ograniczył się tylko do tego, nie byłoby w sumie niczego, co już wcześniej wielokrotnie by nie występowało. Robi krok do przodu i wszystkie zdarzenia obserwujemy z punktu widzenia Niemca polskiego pochodzenia, który wcale nie jest wolny od wielu rozterek. Czornyj snując opowieść o miłości i wojnie unika zarówno nazbyt sentymentalnych, jak i mrożących krew w żyłach scen, co w ogólnym odbiorze wyszło na dobre. Za to od samego początku otula niepewnością tego, co przygotował dla czytelników. Nieustannie zaskakuje. Na początku sugeruje, że mamy historię o Żydach, aby szybko przekonać się, że główni bohaterowie to Niemcy. Ta, która wydawała się być postacią wiodącą często znika, aby potem znów się pojawić, niosąc za każdym razem pewien przełom. Kiedy wreszcie docieramy do wybuchu wojny, czeka następna zagadka, której sens wyjaśni się z czasem. Groza staje przez to subtelną, obecna w atmosferze, na ulicy i potęguje się z kolejnymi wydarzeniami. Niby nie epatuje przemocą, ale wywołuje niekomfortowe poczucie. 


Miłość i wojna ma charakter listu, spowiedzi umierającego człowieka, pragnącego przed śmiercią ujawnić wszystkie sekrety. Przeplata go opowiadanie o relacji Jezusa i Marii Magdaleny, oraz notatki polskiego ruchu oporu. Powieść można interpretować na wiele sposobów, jako mówiącą o obcości i swojskości, pragnieniu bliskości, ludziach wykluczonych ze społeczeństwa - na których patrzy się z pogardą i z góry wiadomo o ich winie wobec stawianych zarzutów, wreszcie o tytułowej miłości i wojnie. Mimo, że Czornyj powstrzymuje się od okrucieństwa to i tak buduje silne napięcie na swój własny sposób. Wzrusza, gra na najczulszych strunach i cały czas obecna jest kwestia wielkości i podłości człowieka bez względu na czasy. Całość jest niezwykle przemyślana i spójna. Pełna nostalgii, melancholii i tęsknoty za tym, co bezpowrotnie utracone. Dla tych, którzy znają pisarza jedynie z thrillerów, będzie miłą odmianą. Ci, którzy poznali Córkę nazisty szybko zauważą, że Czornyj odrobił lekcje w stu procentach, nauczył się nie popełniać tych samych błędów i zawrzeć to, czym poprzednio urzekał. 


Polecam. 

Moja ocena 8/10 



                     Wydawanictwo Filia


sobota, 6 listopada 2021

WILCZA RZEKA, WIOLETTA GRZEGORZEWSKA

Opowieść w formie pamiętnika o życiu, kobietach, imigrantach i pandemii. O ile o tym ostatnim aspekcie często wspomina się mimo chodem, to Wioletta Grzegorzewska uczyniła z niego motyw przewodni Wilczej rzeki. Jeśli nie najlepszej, to na pewno będącej w ścisłej czołówce najlepszych książek 2021 roku.


Wiola, to kobieta po przejściach. Zbliża się do pięćdziesiątki i samotnie wychowuje córkę, Julię. Już parę razy zmieniała w życiu miejsce pobytu. Z Polski przybyła na Wyspy Brytyjskie, teraz po latach wyprowadza się z małej wysepki położonej na kanale La Manche i wraz z nastolatką, psem i kotem wsiada na prom płynący do Hastings. Podczas przeprawy dociera wiadomość o wybuchu epidemii covid 19, a na miejscu okazuje się, że została oszukana i bez dachu nad głową. Odtąd zmuszona zostaje do tułaczki po kolejnych stancjach i podjęcia walki o przetrwanie. Jedyne co stałe to miłość do pisarza Marka, tyle tylko, że on jest żonaty i mieszka w Polsce. Na ile uczucie na odległość, ma w ogóle rację bytu? 


Wioletta Grzegorzewska zachwyciła mnie Stancjami, obecnie zmienia nieco charakter opowieści i robi krok do przodu. Od pierwszych zdań czaruje czytelnika, snuje historię o tym, co znane jest każdemu z nas i o tym, co wielu fascynuje - życie emigranta. Proza pisarki jest niezwykle płynna i wędruje przez przeplatające się wzajemnie czasookresy. Rzeczywistość PRL, przybycia do Wielkiej Brytanii i realia doby koronowirusa. Czytając mamy wrażenie, jakby Wiola wracała do własnych doświadczeń autobiograficznych, będąc przy tym niezwykle szczerą. Odczucie to potęguje narracja pierwszoosobowa, główna bohaterka ma tak samo na imię, jak autorka i również jest pisarką. Dla tych, co poznali Guguły i Stancje, obecna powieść stanowi kolejną odsłonę jej losów. Chociaż cofamy się do szarej rzeczywistości lat 80 XX wieku i obecnej sytuacji, kiedy każdego dnia za sprawą wirusa, świat staje na głowie, to nie ma uczucia, że tematyka przygniata swym ciężarem czytelnika. Wręcz odwrotnie. Grzegorzewska pokazuje się jako znakomita gawędziarka, meandruje między opisami, które bolą, a humorem obecnym w dialogach. Roztacza tak, jak tylko ona potrafi całą galerię osobliwości. W jej skład wchodzą kobiety z różnych stron świata, o odmiennym temperamencie i noszące odmienne bagaże doświadczeń. Nie brakuje oczywiście interesujących męskich bohaterów, jednak oni bardziej pozostają w cieniu. To panie wiodą prym i są tymi najbardziej charakternymi. Wreszcie napotykamy na życiowych rozbitków, którzy skutecznie potrafią przykuć uwagę. Olga Tokarczuk napisała "Apokaliptyczny klimat tej intymnej, biograficznej prozy hipnotyzuje i niepokoi". Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. W każdym z trzech okresów rozgrywa się mała apokalipsa, niosąca kres temu, co znane dotychczas. Po niej nic już nie jest takie same i znajdujemy się w zupełnie nowym świecie, do którego przystosowujemy się, aby ponownie doświadczyć kolejnej rewolucji życiowej. Nieustannie zadajemy pytanie o finał i dokąd ostatecznie zmierzamy. Wędrujemy w kierunku tego, co nieznane ale mimo owego niepokoju, towarzyszy nadzieja na normalność, której zalążki niezmordowanie wszyscy próbują zbudować. Zadziwiające jest, jak w niewielkiej objętościowo w stosunku do poruszanych tematów, autorce udało się zawrzeć trudnych kwestii. Przemoc domowa i trauma przekazywana z pokolenia na pokolenie, nieustanna walka o przetrwanie i lepsze jutro, potrzeba bliskości i poczucia bezpieczeństwa, czy relacji zwierzę - człowiek, w której ten ostatni często zawodzi. Chociaż za każdym razem pozostają w duszy blizny, to właśnie one sprawiają, że nie brakuje sił do sprzeciwu i podniesienia z upadku. Ciosy dotykają zarówno ludzi i zwierzęta, jedni i drudzy muszą się z nimi uporać z traumą.


Wioletta Grzegorzewska snuje nostalgiczną opowieść o bólu i małych radościach. O tym, co bezpowrotnie minęło i mija każdego dnia. Bawi się słowem i formą, dotykając jednocześnie codzienności, która za każdym razem wybija się na plan pierwszy. Tu nie ma wydumanych i oderwanych od rzeczywistości historii, czy górnolotnych wzlotów. Ich miejsce zajmują zwyczajne, często bezbarwne sprawy i czynności, przedstawiające non stop prawdę o człowieku, prawdę o nas i pytaniu dokąd zmierzamy, jako ludzie. Wilczą rzeką Wioletta Grzegorzewska udowadnia, że nadal pozostaje jednym z ważniejszych głosów polskiej literatury.


Polecam. 

Moja ocena 8/10



                      Wydawanictwo W. A. B



Recenzja powstała we współpracy z Grupą Wydawniczą Foksal, której bardzo dziękuję za zaufanie i egzemplarz recenzencki. 

niedziela, 31 października 2021

MROCZNE DNI: DOM STU SZEPTÓW, GRAHAM MASTERTON

Wigilia Wszystkich Świętych zwana również Halloween, to dzień, w którym według wieżeń celtyckich do świata żywych przenikały wszelkie duchy i upiory. Stąd też nie może zabraknąć opowieści idealnej na ten wieczór, a taką właśnie jest Dom stu szeptów Grahama Mastertona. Szkockie wrzosowiska, mgły pokrywające wzgórza i nawiedzona stara rezydencja. Czegóż można by wymagać więcej?


Allhallows Hall w Dartmoor jest XVI - wiecznym domem, do którego nikt nie odważył się wejść. Nikt poza naczelnikiem lokalnego więzienia, Herbertem Russellem. Pewnej nocy, ktoś spycha go ze schodów, w wyniku czego umiera. Do rodzinnej posiadłości zjeżdża trójka jego dzieci z rodzinami. Rodzeństwo przekonane o podzieleniu domu na trzy części, tak samo jak resztę majątku, czeka szok. Senior w testamencie zapisał dom na wnuka Timmy'ego, a do osiągnięcia przez chłopca pełnoletniości będzie należał do funduszu powierniczego, nad którym zarząd mają sprawować Rob, Martin i Grace. Zamiast milionów funtów, zostają tylko długi hazardowe, po ich spłacie zostaje nieznaczna kwota do podziału. Wszyscy są zgodni, że należy wbrew woli zmarłego sprzedać rezydencję i każdy weźmie jedną trzecią należnego spadku. Plan ten musi zostać odłożony w czasie, gdyż bez śladu znika syn Roba i zarazem jedyny spadkobierca. Rodzina każdego dnia szuka dziecka i doświadcza dziwnych rzeczy, w które trudno uwierzyć zwykłemu śmiertelnikowi. Wyczuwalna jest czyjaś obecność, słychać szept kłócących się mężczyzn. Domownicy coraz bardziej zaczynają wierzyć w miejscową legendę o demonicznym człowieku polującym z hordą psów. 


Graham Masterton od początku otacza czytelnika mroczną aurą tajemnicy i podobnie do bohaterów w ogóle nie jest gotowy na to, co zastanie za drzwiami starego zamczyska. Wyczuwa się z jednej strony klimat Wichrowych wzgórz, z drugiej Nawiedzonego Domu na Wzgórzu. Stary budynek, w którym wszystko żyje. Ściany, obrazy, a zwłaszcza witraż słyszą i niepokoją tego, kto przekroczy jego próg. Nastrój ten potęguje krajobraz z wrzosowiskami i mokradłami wśród, których wraz z wiatrem hulał mężczyzna wzbudzający strach u tutejszej ludności. Równocześnie nie brakuje nawiązań do innych klasyków gatunku, wymienić można m.in. Egzorcystę czy wiersze Williama Blake, jest nawet nawiązanie do Makbeta. Razem stanowi wybuchową mieszankę grozy. Do której dąży się z każdym kolejnym krokiem i której świadomi są sami bohaterowie. W prawdzie Dom stu szeptów nie straszy, ale budzi rosnące z strony na stronę uczucie niepokoju, niepewności, osaczenia i klaustrofobii. Czujemy się niczym w więzieniu, do którego można wejść, ale nie wyjść. Wszelka nadzieja na szczęśliwy finał topnieje z minuty na minutę, a potęguje się tajemnica domu, która atakuje z całą nienawiścią. Allhallows Hall niczego nie można być pewnym. Zawodzą zmysły, wiara wydaje się dziecięcą igraszką budzącą jedynie złudne nadzieje. Rozpaczliwa walka człowieka z nadprzyrodzoną istotami czy istotą - prawie do samego końca nie wiadomo, kto jest źródłem zła trawiącego przebywających w nim ludzi, nie tylko jest nierówna ale i skazana na porażkę. Jedynie zostaje poczucie beznadziei, wówczas brytyjski pisarz szykuje niespodziankę. Ci co dawno powinni skapitulować i brać nogi za pas, wydobywają z siebie niekończące się pokłady wiary w Boga - którego istnienie Rob odrzucał i siły do walki. Walki na śmierć i życie. 


Tajemnicę podsyca przedstawiony kontekst historyczny związany z prześladowanie katolickich księży w Szkocji, lokalne gusła i mity. Masterton udowadnia, że nie potrzeba w grozie niesamowitych fajerwerków w postaci upiórów i trupów pływających w kałuży krwi, ale wystarczy gawędziarski styl zdolny zahipnotyzować czytelnika. Przeplata horror z groteską. Cały czas jesteśmy zdezorientowani, balansujemy między współczesnym racjonalizmem a ludowością uwypukloną w mowie niektórych postaci. Autor umiejętnie podkręca to wrażenie, aż do samego zakończenia. No właśnie, ono niestety okazuje się pięta Achillesową. Jest napisane naprędce, odbiega od leniwie toczącej się wcześniejszej opowieści i nabiera rozpędu, który nie wychodzi na dobre. Staje się wydumane i nieco przewidywalne, a mało tego znajduje się na granicy absurdu. 


Nie ulega wątpliwości, że Dom stu szeptów udowadnia mistrzowską formę Brytyjczyka i tak, jak zachwycił mnie rok temu Rytuałem, tak samo jest teraz. Wykorzystał to, co wychodzi mu najlepiej, czyli starodawne wierzenia i rytuały, ciągłą walkę dobra ze złem, wreszcie kwestia wiary u ateisty. Ponownie obserwujemy walkę zrozpaczonych rodziców o uwolnienie dziecka, w której prym wiedzie ojciec, czepiający się dosłownie wszystkiego. Masterton stworzył klimatyczną, nastrojową i mocno refleksyjną historię w sam raz na Halloween, i listopadową szarugę. 


Polecam. 

Moja ocena 7 /10 



                   Wydawanictwo Albatros 



sobota, 30 października 2021

MROCZNE DNI: DEMONOLODZY. ED I LORAINE WARREN, GERALD BRITTLE

W dzisiejszym MROCZNYM DNIU iście przerażająca historia o nieczystym osobowym Złu, które istnieje i działa w świecie, którego pod żadnym pozorem nie wolno zapraszać do swego życia, bez względu czy jest się wierzącym czy ateistą. Poznajcie najsłynniejsze na świecie małżeństwo, których praca została przedstawiona w reportażu Geralda Brittle Demonolodzy. Ed i Loraine Warren.


Para ta jest uznaną przez Watykan świeckimi demonologami, czyli osobami badającymi duchy, nawiedzone domy i wspierających egzorcystów w pełnionej posłudze. Kulminacja ich działalności przypadła na lata 70. XX wieku. Ed był ekspertem, posiadał olbrzymią wiedzę i moc, Loraine zaś miała dar rozeznawania duchów i była medium. Zwracali się do nich nie tylko zwykli ludzie, ale też duchowni wszystkich głównych wyznań. Mieszkali w Connecticut i badali przypadki najgłośniejszych spraw z USA i Anglii, takie jak: Amityville, nawiedzona lalka Anabelle czy Poltergaist z Enfield. Swoimi uwagami i spostrzeżeniami dzielili się podczas wykładów gromadzących rzesze słuchaczy. Niejednokrotnie sami byli atakowani przez demoniczne siły i narażali własne życie. W rozmowie z Geraldem Brittle opowiadali o sprawach, które najmocniej utkwiły w ich pamięci oraz przestrzegali czytelników przed próbami parania się czarną magią i okultyzmem.


Reportaż ten jest jednym wielkim ostrzeżeniem dla wszystkich, że nie ma żartów z siłami nadprzyrodzonymi. Warrenowie jednocześnie rozróżnili duchy ludzkie i nieludzkie, czyli demony - wśród, których również panuje określona hierarchia. Przede wszystkim duchy przywiązane są do miejsca i negują fakt swojej śmierci. Natomiast demon wybiera sobie miejsce, w którym będzie najsilniejszy i jego celem nie jest budynek ale człowiek bądź rodzina. Ci ostatni mogą pojawić się tylko na zasadzie przyciągania - podobne przyciąga podobne, czyli jednym słowem czyn człowieka odbiegający od normy i burzący określony porządek rzeczy, albo poprzez zaproszenie. W obu przypadkach zostawia się otwarte drzwi przez, które mogą wejść do ludzkiego życia i siać w nim zamęt, chaos, a nawet doprowadzić do śmierci. Normalnie mają bowiem zabroniony przez Boga dostęp do człowieka, ale i ten musi przestrzegać zasad. Dlatego bardzo proszę Was bez względu na przekonania religijne, nigdy nie sięgajcie po tabliczkę ouija, księgi zaklęć i przedmioty okultystyczne, ani nie bierzcie udziału w seansach spirytystycznych. Nigdy nie wiecie, czy skontaktuje się z Wami akurat ten duch, którego byście sobie życzyli. Siły dobra na pewno nie złamią Boskiego nakazu i nigdy nie przyjmą zaproszenia wysłanego w ten sposób, zrobią to moce ciemności opierające się na negacji Bożego prawa.

Na pierwszy rzut oka widać bardzo dokładnie udokumentowany materiał. Składają się na niego zdjęcia, przedmioty i nagrania rozmów z demonami. Zapewniam Was, że to wystarczy, aby zmrozić krew w czytelniku. Nie muszę dziś chyba odpowiadać na pytanie czy straszy. Tak straszy najbardziej, jak tylko można sobie wyobrazić. Przede wszystkim nie jest to powieść ale prawdziwe historie ludzkiego dramatu, który przekracza nasz sposób rozumowania. To bowiem, jak napisałem we wstępie, osobowe Zło istnieje czy to się komuś podoba, czy nie. Próby jego negacji, wyśmiewania i racjonalizacji na nic się zdadzą, mało tego mogą jedynie uśpić czujność. Obecnie bowiem osoby opętane określano psychicznie chorymi i umieszcza się w zakładzie, dawniej ludzi chorych psychicznie uznawano za opętanych i zamykano w szpitalu. Krąg zatem się zamyka tylko, że ani wówczas ani teraz nie zdawało to egzaminu. Brittle szczegółowo opisuje pracę demonologów i egzorcystów, oraz warunki niezbędne do odprawienia egzorcyzmu. Całość jest opisana lekkim językiem, który mimo rosnącego z strony na stronę przerażenia, czyta się łatwo i mocno wciąga.


Siłą reportażu jest jego szczerość odznaczającą Warrenów i otwartość, z jaką mówili o sprawach, o których zwykły śmiertelnik nie ma najmniejszego pojęcia. Niestety przyczyną tragedii staje się sam człowiek, który zajmuje się praktykami, do jakich pod żadnym pozorem nie powinien się zbliżać. Przekonujemy się, że ten drugi świat istnieje. Istnieją niekończące się otchłanie ciemności, ziejące nienawiścią do Boga i rodzaju ludzkiego. Każde słowo, jakie wypowiadamy ma swoją moc, a nawet popularne stwierdzenie Idź do diabła, może ściągnąć realne niebezpieczeństwo. Chociaż wiek XX próbował zanegować diabła, a za sprawą Annelisse Michelle, Kościół katolicki poddano fali krytyki i zakazano w Niemczech egzorcyzmów, to prawda o istnieniu Szatana i tak znalazła drogi, by dać o sobie znać. Mimo, że czujemy rosnący lęk podczas lektury, to ostatecznie tchnie optymizmem, że Dobro jest mocniejsze. Sama Loraine nie rozstawała się z różańcem i Pismem Świętym. Książka jest przeznaczona dla ludzi o mocnych nerwach, ale warto by przeczytał ją każdy.


Polecam. 

Moja ocena 10/10



                   Wydawanictwo Esprit

piątek, 29 października 2021

MROCZNE DNI: OSTATNI DOM NA ZAPOMNIANEJ ULICY, CATRIONA WARD

 O Ostatnim domu na zapomnianej ulicy Catriony Ward było głośno jeszcze przed premierą. Wiele głosów zachwytów zachęcało do lektury. Na to, co zastaje się w jej trakcie, nie jest się w ogóle gotowym.


Trudno jest przedstawić fabułę, aby nic nie zdradzić z tego, co mogłoby popsuć zabawę podczas czytania. Najogólniej można ją opisać w następujący sposób. Ted mieszka razem z córką, Lauren i kotką Olivią  w samotnie położonym domu na skraju lasu, który ma po rodzicach. Są oni ciągle obecni w jego umyśle i non stop pojawiają się kolejne wspomnienia z dzieciństwa i w związku ze sprawą zabójstwa małych dziewczynek. Okna budynku są zabite i im dłużej w nim przebywamy, nie podoba nam się wcale, to co zastajemy. Traumy, pogrzebane tajemnice na skraju lasu, które nigdy nie powinny być odkopane czy wreszcie dążenie do zaspokojenia wyrzutów sumienia i rozwiązania zagadki. 


Jeśli szuka się na wskroś ekscentrycznej i kompletnie nieprzewidywalnej opowieści, to w Ostatnim domu na zapomnianej ulicy ją znajdujemy. Od początku odbiega od ogólnie znanych norm w dreszczowcach. Coś jest nie tak, coś się nie zgadza i wreszcie coś nieustannie uwiera. To ostatnie uczucie towarzyszy czytelnikom do samego końca. Na początku bardzo trudno się wgryźć, wszystko jest jakieś dziwaczne, nienormalne i przez to męczące. Potem stwierdza się, że łatwo przewidzieć, w którym kierunku pójdzie akcja i tu dopiero zaczyna się prawdziwy twist. Nic nie jest takie, jak sądziliśmy. Zwierzyna i łowca nieustannie zamieniają się rolami i zaczynają budować osobliwy świat. Catriona Ward przeplata do tego elementy grozy. Umówmy się, jeśli w oknie pojawiają się zjawy, głosy i przed oczami przewijają się obrazy, gdzie nie wiadomo czy są wytworem wspomnień czy rzeczywistości, tajemniczy i żądni ofiar bogowie, poza którymi nic innego nie istnieje, można to wszystko podciągnąć pod horror. Z drugiej strony mamy śledztwo, walkę z oprawcą i usilne dążenie wszystkich do odzyskania wolności, w końcu zaś do wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę przez, co powieść staje się bardziej dreszczowcem niż grozą, jako taką. Straszy tym czego każdy z nas boi się najbardziej. Uwięzieniem, cierpieniem i doświadczanie tortur zmuszających umysł do wytwarzania mechanizmów obronnych. Czytelnik czuję narastającą atmosferę klaustrofobii, osaczenia przez zło i całkowitej beznadziei. Nie wiadomo komu ufać, co jest prawdą, a co fałszem zwłaszcza, kiedy każdy prowadzi osobliwą grę. Im bardziej zagląda się do chorego umysłu szaleńca, tym bardziej zaczyna czuć narastające dreszcze na ciele. 


Catriona Ward świetnie odrobiła lekcje. Wykorzystując starannie wykonany research, tworzy historię na wskroś wiarygodną. Jeżeli w pierwszej połowie tego za bardzo nie widać, to w drugiej przejawia się z strony na stronę. Wbrew pozorom nic nie jest zbędne, choć na pierwszy rzut oka takie może się wydawać. Jest to dokładnie przemyślana fabuła, świetnie oddająca to, co pisarka zamierzała przekazać. Pierwszoosobowa narracja u dwóch narratorów oddaje mroczny klimat, a trzeci narrator występujący w trzeciej osobie, jakby uzupełnił wszystko to, co jest niedopowiedziane. Ostatni dom na zapomnianej ulicy nawiązuje do klasyki grozy i niektórych kingowych opowieści, z drugiej strony chce złamać horrorowe tony, na rzecz thrillera psychologicznego, który stanowi totalne indywiduum w literaturze gatunkowej. Powieść wysoko zawiesiła poprzeczkę, którą trudno będzie pokonać. 


Polecam. 

Moja ocena 8/10 



               Wydawanictwo Czwarta Strona 

 


czwartek, 28 października 2021

MROCZNE DNI: BILLY SUMMERS, STEPHEN KING

Wielokrotnie powtarzałem, że na każdą powieść Stephena Kinga czekam bardzo niecierpliwie. Kiedy już wreszcie mogę przeczytać, to cieszę się jak dziecko. Za każdym razem mam nadzieję na powrót "starego" Kinga, tego sprzed lat i niestety, co pewien czas niczym bumerang powraca pytanie o formę Mistrza. W Billym Sumersie rozbrzmiewa ono z całą siłą.


Tytułowy Billy Summers należy do najlepszych płatnych zabójców i z całą pewnością można mu całkowicie zaufać, że wykona zadanie celująco. Ma tylko jedną jedyną zasadę, zabija wyłącznie złych ludzi. Kiedy dostaje zlecenie zastrzelenia Joela Allena, postanawia, że jest to ostatnia robota przed emeryturą. Zwłaszcza, że ma za nią dostać dwa miliony dolarów. Nie przewiduje, jak los bywa przewrotny i nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem.


Przede wszystkim Billy Summers nie jest grozą, lecz opowieścią kryminalną, stąd też można podarować sobie pytanie, czy straszy. Mało, że nie straszy - co akurat, w tym przypadku można przymknąć oko- to również nie intryguje, nie wzbudza najmniejszego niepokoju i z niewielkimi przerwami po prostu wieje nudą. Nie wiem, jak można przez 600 stron pisać praktycznie o niczym. Czytając mamy wrażenie, że to wszystko o czym chce King opowiedzieć, jak również poruszane tematy, już były wielokrotnie przez niego poruszane w znacznie lepszy sposób. Najnowsza powieść, to odgrzewane kingowe kotlety, siódma woda po kisielu i absolutnie nie ma nic, czym potrafiłby zaskoczyć. Król stawia kwestię, kogo można zaliczyć do złych ludzi, po czym następuje cały katalog grzechów. Trudno nie zgodzić się, że rzeczywiście osoby znajdujące się na jego liście, są zdemoralizowani do szpiku kości i na pewno nie chciałoby się ich bliżej poznać. Problem w tym, że w wyliczance King skacze z wątku na wątek przez, co nie potrafi skupić uwagi czytelnika. Jedyny plus, że w porę powstrzymał się z wątkiem paranormalnym mogącym rozbić już zupełnie powieść, a który nie ma najmniejszego nawet sensu.


Wydawać by się mogło, że zastosowana przez Stephena Kinga opowieść w opowieści, nieco rozrusza drętwą akcję, tak się niestety nie dzieje. I dwie historie zawarte w jednej powieści, dokładnie zawierają te same błędy, przy czym, ta spisana przez Summersa i tak jest o niebo bardziej spójna. Oczywiście ma też swoje uzasadnienie i na pewno nie jest przypadkowym zabiegiem. 


Stephen King chciał ponownie zrobić coś nowatorskiego, powieść drogi z silnie rozbudowanym wątkiem obyczajowym. Ostatecznie zdecydowanie większa część powieści jest przegadana i dopiero zakończenie nabiera pewnego tępa, jakiego brakowało przez cały czas. Jeśli szukacie dobrej historii drogi w wykonaniu Mistrza, to głównie warto sięgnąć po Wielki marsz. Dla mnie Billy Summers stanowi jedno potężne rozczarowanie, literacki bubel, na który lepiej spuścić zasłonę milczenia, by już dalej nie pastwić nad nim. Wiernym fanom prozy Króla Grozy z Maine pozostaje znów czekanie. Tej powieści nie mogę Wam niestety polecić. 


Moja ocena 4/10 



         Wydawanictwo Prószyński i S-ka 





środa, 27 października 2021

MROCZNE DNI: PŁONĄCE DZIEWCZYNY, C. J. TUDOR

 Były czasy, w których w imię religii ludzie dokonywali potwornych czynów. Z całą pewnością zaliczyć można do niechlubnych kart historii, prześladowanie anglikanizmu mającego miejsce za panowania Marii Stuart. Wykorzystując to wydarzenie historyczne, C. J. Tudor w Płonących dziewczynach snuje porażającą opowieść o zbrodni, lokalnej legendzie i tradycji żyjącej w małym miasteczku w hrabstwie Sussex.


Chapel Croft, mała prowincjonalna wioska, w XVI wieku była świadkiem spłonięcia grupki wieśniaków występujących w obronie swej wiary, wśród nich znajdowały się dwie dziewczynki. Od tej pory mieszkańcy plotą z gałęzi laleczki i podpalają, by odstraszyć złe moce. Współcześnie nadal panuje przekonanie, że kto zobaczy jedną z płonących dziewcząt, tego czeka nieszczęście. Trzydzieści lat temu zaginęły bez śladu dwie nastolatki, a dwa miesiące temu samobójstwo popełnił tamtejszy proboszcz. Trudno się dziwić, że Jack Brooks, pastorka anglikańskiego kościoła, nie chętnie przyjmuje nominacje na zastępcę zmarłego duchownego i wraz z córką, Flo przybywa do wioski, nad którą wisi fatum. Już na początku pobytu stają się świadkami dziwnych zdarzeń. Widzą duchy, na poddaszu jest zestaw do egzorcyzmowania, a część mieszkańców wręcz nie kryje niechęci do nowych przybyszów. Im bardziej próbują zrozumieć to, co wokół nich się dzieje, tym bardziej wplątują się w niebezpieczną, kryminalną intrygę.


Jeśli jesteście osobami mocno wierzącymi i przywiązani do katolickiej tradycji, to mimo wszystko dajcie C. J. Tudor szansę. W prawdzie czasem zagrzyta się zębami podczas lektury i nie brakuje herezji, to warto zwrócić uwagę, że powieść pisana była przez ateistkę. To jedyna rzecz, która może ale wcale nie musi przeszkadzać. Wbrew pozorom akcja jest na tyle wartka, że szybko zapomina się o teologicznych nieścisłościach. Za to od początku zostajemy w cudowny sposób otuleni tajemnicą i mrokiem. W Chapel Croft nikomu nie wierzyłem, nawet tym przyjaźnie wyglądającym osobom. Wszystko jest dynamiczne, niepewne i wyczuwa się silną ingerencję zaświatów na to, co dzieje się wśród żywych. Nigdy nie wiadomo czy to, co widzimy jest jawą czy zjawą. Coraz bardziej atmosfera wszechobecnego strachu, grzechów wiszących nad wioską i tajemnic w nim drzemiących przygniata swym ciężarem i doprowadza do obłędu. Grozę potęgują symbole okultyzmu i rekwizyty służące do egzorcyzmów przy, których traci się pewność, co do sprawcy. Cały czas osacza klimat prowincji. Wszyscy o wszystkich wiedzą, ale nabierają wody w usta, wpływowa rodzina zrobi co tylko w jej mocy, by nigdy nie wydał się najpilniej strzeżony sekret. Nie brakuje wiejskiej ofermy, który stanowi przedmiot szykan i nie do końca wzbudza zaufanie. W tej wsi to kobiety padały ofiarami przemocy ze strony mężczyzn, a potem zmuszane do milczenia o swym nieszczęściu. Dzielone na te lepsze i gorsze, od których należy trzymać się z daleka. Kobiety i dziewczęta wyklęte przez społeczność. Zbrukane, upakarzane przez reprezentantów Kościoła. Wszystko to sprawia, że opowiadana historia wciąga niczym nurt rzeki i nie sposób się z niej wydostać, aż nie dopłynie do końca.


C. J. Tudor serwuje dreszczowiec, który mimo oklepanego tematu zbrodni i prowincji, jest tym, o którym będzie bardzo trudno zapomnieć. Nieustannie myli tropy, gdy wydaje się, że już coś wiadomo, to rozsypuje się wszystko niczym domek z kart. Sytuacja zmienia się z minuty na minutę i z niecierpliwością przezrzuca się kolejne strony. Chociaż czujemy się niekomfortowo i coś nieustannie uwiera, to i tak jesteśmy z bohaterami, z którymi wcale nie chce się rozstać. To co mogło drażnić, staje się atutem, a w uszach rozbrzmiewają dwa zdania. Szatan najbardziej lubi jak się w niego nie wierzy. Święty Michale Archaniele wspomagaj w walce. Płonące dziewczyny to dreszczowiec z elementami grozy, od którego nie sposób się oderwać nawet na moment i bez trudu można zarwać noc. Pozycja obowiązkowa dla miłośników mrocznych opowieści z dreszczykiem. W sam raz na jesienne wieczory i halloween.


Polecam. 

Moja ocena 8/10


             Wydawanictwo Czarna Owca