piątek, 10 marca 2017


MROCZNY
PIĄTEK
 
 
EKSPOZYCJA – REMIGIUSZ MRÓZ
 
Dziś na blogu będzie bardzo, bardzo m(M)roźnie, a to za sprawą nikogo innego, jak samego Remigiusza Mroza, powracającego do Literackiej Podróży z cyklem o komisarzu Forście. A zatem wyruszamy w szaloną podróż w Tatry, a dokładnie na sam Giewont. Zabieramy ciepłe kurtki, rękawiczki, szaliki oraz czapki i gotowi do drogi. Zapraszam na recenzję „Ekspozycji”!!!!
 
            Na okładce książki czytamy: „ Termin ekspozycja ma przynajmniej pięć znaczeń. Podobnie wieloznaczny jest każdy krok mordercy.” I wiele w tym prawdy.
            Wszystko zaczyna się, od znalezienia na stojącym na Giewoncie krzyżu, przybitego  ciała nagiego mężczyzny. Wszystko wskazuje na ukrzyżowanie, a na ziemi pełno jest płynów organicznych. W jego zaś gardle znajduje się moneta z dawnych, starożytnych czasów. Na miejsce zostaje wezwany komisarz Wiktor Forst. Zaraz po nim, na teren zbrodni przybywa ekipa telewizyjna z panią redaktor Olgą Szrebską. Od początku mord jest zagadkowy, nie wiadomo czym kierował się morderca, dodatkowo zaś wszystko wskazuje, że komuś bardzo zależy, aby stała się ona kolejną nie wyjaśniona sprawą. Tym bardziej sugeruje to fakt, nagłej decyzji o odsunięciu Forsta od śledztwa i zawieszeniu go w pełnionych obowiązkach służbowych. Komisarz z pomocą dziennikarki rozpoczyna prywatne śledztwo, podczas którego ich życie znajdzie się poważnym zagrożeniu. Niedługo potem dochodzi do kolejnego zabójstwa, gdzie również w gardle denata znajduje się moneta. Z czasem okaże się, żadna zbrodnia z przeszłości nie może być bezkarna. Kto za tym stoi? Jaki będzie kolejny krok mordercy? Komu zależy, aby zatuszować sprawę?
            Nie będę oryginalny stwierdzając, że tak  jak ma się to w przypadku książek Remigiusza Mroza, tym razem również – nie chcąc pisać spoilera - nie mogę zbyt wiele zdradzić, aby nie popsuć samodzielnego śledzenia akcji powieści. W każdym razie, możemy spodziewać się naprawdę mocnej dawki emocji. Książka w moim odczuciu jest świetna, mimo że nadal liderem pozostaje u mnie cykl o Joannie Chyłce.
            Przede wszystkim na pochwałę zasługuje niezwykle wartka akcja. Rzadko patrzę na opinie zamieszczone na okładce, ale tym razem warto. Otóż Katarzyna Pużyńska stwierdza: „Zawrotne tempo, mroczna zagadka i ostre pióro. Wybuchowa mieszanka”. I tak naprawdę jest. Wszystko zmienia się dosłownie z rozdziału na rozdział. Absolutnie niczego nie można być pewnym. Autor nieustannie podsuwa nam nowe wątki i kolejne elementy układanki. Wszystko to, coraz bardziej się zazębia, nie dając jednak rozwiązania. Tu niczego nie można być pewnym. Ma się wrażenie, jakbyśmy już wsiedli nie do pendolino, lecz wskoczyli od razu do rozpędzonej Formuły 1 i nie mieli nawet szansy z niej wysiąść. Ostrzegam od tej książki naprawdę trudno się oderwać.
Fani grozy powinni być zadowoleni, mamy tu wszystko co przeraża: psychopatyczny morderca, seryjni zabójcy, kanibali, sadystycznych strażników więziennych. Krew leje się dosłownie non stop. To co mogło przerażać w śledztwach prowadzonych przez Chyłkę, to w tej serii jest niczym.
            Kolejnym atutem, to strona językowa. Mamy tu – jak to u Mroza- świetny styl, rewelacyjne dialogi. O ile w przypadku serii o pani mecenas bawią rozmowy Joanny z Zordonem i ich słowne przepychanki; u Forsta występuję dokładnie to samo. Pełno w nich dowcipu i humoru, a uśmiech - mimo, że naprawdę ta książka potrafi straszyć – pojawiał się u mnie bardzo często. Szczególnie podczas rozmów Wiktora i Szrebskiej, nie wspominając o próbie poderwania przez stróża prawa lesbijki. Często w ich konwersacjach pojawiają się docinki i  słowne potyczki. 
Skoro mówimy o bohaterach, to przejdę właśnie do nich. Nadal, do znudzenia powtarzam, moim ukochanym cyklem jest seria o Joannie Chyłce, gdzie to właśnie ona jest po prostu fenomenalna. To po przeczytaniu „Ekspozycji”, Wiktor plasuje się zaraz za nią.
Jest on dosłownie męską wersją Chyłki. Tak, jak o ona jest złośliwy, wredny, bezczelny. Co by nie stwierdzić, moim zdaniem  on kradnie całe show. Jest nieprzewidywalny i uparty w dążeniu do celu. Tak, jak pani mecenas, jest arogancki w stosunkach do przełożonych i chce wychodzić na pierwszy plan. Jest czarną owcą polskiej policji uważającą się za niezastąpionego. Bawią go krążące o nim anegdoty.  Playboy i uwodziciel, przekonany, ze żadna kobieta nie oprze się jego wdziękowi, nawet jeśli jest o odmiennej orientacji seksualnej. Mimo wszystko potrafi zaskarbić sobie sympatię czytelnika.
            Olga zaś, to niezależna i wyemancypowana osoba. Samodzielnie zarabia na swoje utrzymanie. Do śmiechu doprowadzają sceny, w których bezlitośnie odrzuca kolejne zaloty komisarza. Jednak w tym duecie stanowi ona stronę hamującą Forsta i pewnego rodzaju głos rozsądku.
            Ponadto Remigiusz Mróz, doktor prawa  wykazał się w „Ekspozycji” niezwykle szeroką wiedzą z zakresu początków chrześcijaństwa, kultury Biblijnej ale również samych apokryfów. Widać przy tym próby poznawania języka hebrajskiego i przenikliwej analizy słów występujących zarówno w Piśmie Świętym, jak  również w księgach odrzuconych przez Kościół i niezaliczonych do kanonicznych. Osoby, którym podobał się „Kod Leonarda da Vinci”, nie powinni czuć się zawiedzeni tą książką. A do tego dołożyć jeszcze zagadnienia z II wojny światowej, a otrzymamy nieznane wcześniej oblicze Remigiusza Mroza. Uważam, że właśnie ten ogrom pracy również nad gromadzeniem wiedzy historycznej, niejednokrotnie także archeologicznej zasługuje na ogromny szacunek.
            Wreszcie na koniec i tym razem zakończenie jest iście Mrozowe. A czytelnik dostaje obuchem po głowie. Sprawia, że tylko czeka się, aż w ręku znajdzie się kolejny tom.
 
            Podsumowując „Ekspozycja” otwiera nowy cykl zapowiadający się po prostu rewelacyjnie. Mam wrażenie, że stanowi ona mocną zapowiedź tego co może czekać w „Przewieszeniu” i „Trawersie”. Jeśli już pierwszy tom dosłownie mnie sparaliżował, to boję się co będzie później. Pokazuje on nam zupełnie nowego Remigiusza Mroza , tym razem w kryminalnej odsłonie. Muszę przyznać, że bardzo mi się ona spodobała. Zgadzam się, ze nazwisko to stanowi już renomę samą w sobie. Ci, którzy polubili jego prozę i tym razem nie będą czuć się zawiedzeni. Natomiast, kto jeszcze go nie poznał, niech jak najszybciej nadrabia zaległości. Sądzę, że jeszcze nie raz nas zaskoczy.
 
Moja ocena 8/10
 
                                                      Źródło: Wydawnictwo Filia

środa, 8 marca 2017


PANI EINSTEIN - MARIE BENEDICT


Kim była tajemnicza i nieznana żona Alberta Einsteina?  Wydawca wysuwa dość odważną hipotezę jakoby to właśnie ona miała być autorką teorii względności. Oboje byli zdolni lecz to on zdobył światową sławę i zapisał się na kartach historii.

Miało być tak pięknie. Razem mieli być jednością w pracy i życiu, taką jak wskazywało nazwisko ein stein czyli jeden kamień. W rzeczywistości pojawiło się wielkie oszustwo i podła zdrada. A jej marzenia prysły niczym bańka mydlana. Przed Wami „Pani Einstein” od wydawnictwa Zysk Horyzont. Zapraszam na recenzję

 

            Marie Benedict przenosi nas do Szwajcarii drugiej połowy XIX wieku. Jesienią 1896 roku do Zurychu przybywa Mileva Marić, aby studiować fizykę na tamtejszym uniwersytecie, a potem pracować jako naukowiec. Mimo swego kalectwa – miała zdeformowane biodro- to kobieta o genialnym umyśle. Bardzo zdolna, inteligentna i niezwykle ambitna. Bez reszty zakochana w nauce. To ona właśnie stała się jej miłością a zarazem dawała pociechę. Zdawała bowiem sobie sprawę, że ze swoją ułomnością nie ma szans znaleźć męża i posiadać rodziny. Jednocześnie wielu mężczyznom nie podobało się, że niejednokrotnie przewyższa ona ich intelektem i rozwiązuje zadania, które im nie udało się zrobić.

            Po przybyciu na uczelnię trafia pod opiekę profesora Webera, któremu również nie podoba się aby kobieta była w gronie jego studentów. Tam też poznaje miłość swego życia, Alberta Einsteina. Chłopak wydaje się wrażliwy, skromny i zupełnie nie przeszkadza mu defekt koleżanki. Jest on zakochany w jej umyśle. Zresztą tak samo, jak ona jest bardzo zdolny i inteligentny. Może wydawać się, ze są do siebie bardzo podobni. Oboje zakochani w fizyce, marzą aby w przyszłości być znanymi profesorami.

Konsekwentnie walczył o jej o względy, to przez spotkania z nim odsuwała się od swoich przyjaciółek z pensjonatu. Z czasem zdobył jej serce. Obiecywał jej, ze razem będą pracować niczym małżeństwo Curie. Mileva miała być dla niego nie tylko żoną i matką jego dzieci, lecz przede wszystkim partnerką w pracy naukowej.

Kilkanaście lat później, Albert nie pamięta o swoich deklaracjach. On ma światową sławę, a dla swojej żony stał się wręcz tyranem. Mileva zaś została zupełnie zapomniana.

„Pani Einstein” to historia kobiety oszukanej i zdradzonej, kobiety której marzenia legły w gruzach, została w okrutny wręcz sposób wykorzystana przez męża w realizacji jego celów. Teraz musi już walczyć nie o sławę jako naukowiec, ale własną godność i odnaleźć dawną, już niestety zapomnianą siłę.

            Jest to powieść, która zachwyciła mnie już od pierwszych stron. Porwała mnie pięknym językiem, jakim została napisana. Świetnymi dialogami. Stylem, który doskonale oddaje klimat epoki końca XIX i początku XX wieku, pozwala on nam przenieść się do tamtych czasów, miejsc. I nadaje opowieści niezwykłej wręcz realności, czytając miałem naprawdę wrażenie, jakby stał obok tamtych ludzi.

Mało tego, nawet laik w dziedzinie nauk ścisłych, jakim jestem, nie poczuje się nią przytłoczony lecz doskonale może orientować się w fabule. Autorka ustami bohaterów omawia ogólną charakterystykę ich odkryć. Skomplikowane prawa fizyki i matematyki pokazane są w bardzo przystępny sposób, co uważam za kolejny bardzo ważny atutu książki.

Sama książka podzielona jest na trzy części odpowiadające trzem zasadom dynamiki Newtona. Każda z nich rozpoczyna się od cytatu tego XVII- wiecznego fizyka i wręcz charakteryzuje owe trzy etapy życia Milevy i Alberta: młodość i lata uniwersyteckie, wczesne lata małżeństwa, i ostatnią gorycz i rozczarowanie małżeństwem.

Marie Benedict pokazała kobietę, która znalazła się w świecie zdominowanym przez mężczyzn, którzy niechętnie patrzyli aby przedstawicielki innej płci zajmowały ich miejsca.

Autorka pokazuje przy tym, jak bardzo dostęp do nauki był ograniczony dla kobiet. W samej Serbii, z której pochodziła Mileva, mogły one trafić do więzienia, jeśli próbowałyby zdobyć wyższe wykształcenie. W powszechnej świadomości ich rola sprowadzała się do zajmowania domem, mężem i dziećmi. Niezamężne były wręcz odrzucane i krytykowane. Czytając te opisy bardzo ale to bardzo przypomniała mi się sytuacja opisywana przez polską pisarkę, Narcyzę Żmichowską w jednym z jej listów. Wspominała bowiem, że kiedy wychodziła z paryskiej biblioteki zobaczyła przechodząca obok ulicą zakonnicę, która miała stwierdzić: „Na taką to kary boskiej nie ma”. Czy potrzeba lepszego komentarza.

Temat ten jest uważam bardzo istotny,  ponieważ często słyszy się, że kobiety są głupsze od mężczyzn. Nie ma aż tylu wybitnych naukowców wśród nich, a największymi umysłami Europy byli mężczyźni. Książka Benedict doskonale pokazuje, dlaczego tak się stało. Przyczynę za to w dużej mierze ponosił krzywdzący je system prawny i społeczny.

Mileva wstępując w progi Uniwersytetu musiała od razu zmierzyć się z trzema uprzedzeniami w stosunku do niej: po pierwsze: bycie kobietą; po drugie: narodowość. Była Serbką a Słowian uważano za gorszych od mieszkańców Europy Zachodniej i absolutnie nie można im ufać, ponieważ to urodzeni spiskowcy. Po trzecie wreszcie jej kalectwo. Często stawała się obiektem drwin ze strony kolegów.

Osobiście zakochałem się w niej od samego początku. Podziwiałem jej upór w dążenie do wyznaczonego celu. Potem zaś żałowałem się widząc upokorzenia, jakie przyszło jej znosić ze strony Alberta i kibicowałem w walce o odzyskanie utraconej godności.

Chociaż autorka uprzedza, że sama powieść jest fikcją literacką a do napisania jej przygotowywała się czytając listy Milevy i Alberta; to straciłem jednak szacunek do Alberta Einsteina jako człowieka. W historii bowiem mówi się, jakoby w rodzinie noblisty miała miejsce przemoc domowa. Sama zaś Marie Benedict wysuwa dość odważną hipotezę: autorką teorii względności była Mileva Marić. Stworzyła ona ją w hołdzie dla zmarłej rocznej córeczki. Do której  Albert nie dawał jej jechać w czasie choroby dziewczynki. , kiedy przybyła było już za późno. Dziecko nie żyło. Natomiast on potem ukradł jej odkrycie i podpisał się pod nim własnym nazwiskiem.

            „Pani Einstein” dla mnie to powieść doskonała. Mimo, że bardzo się starałem, jednak nie znalazłem w niej żadnej wady. Piękny język, przejmująca akcja ale przede wszystkim jest to historia uniwersalna.

            Po pierwsze również dziś kobiety muszą mierzyć się z różnego rodzaju dyskryminacją. Często słychać „jaka ładna” a nie „jaka zdolna, kompetentna, pracowita itd.”. Nie ma absolutnie znaczenia szerokość geograficzna, w jakiej się znajduje dana osoba.

            Po drugie książkę tę mogą pokochać zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Osobiście znalazłem w losach Milevy, wiele własnych przeżyć. Może też za to, postać jej stała mi się bardzo blisko. Samą lekturę przeżywałem niezwykle emocjonalnie. Tak, jak wspomniałem wcześniej podziwiałem jej walkę o marzenia, współczułem patrząc na wyrządzaną jej krzywdę. Doznała ona najgorszych z możliwych upokorzeń, jednak w każdej sytuacji pokazała piękną godność człowieka. Sam zaś wiele się od niej nauczyłem.

            Po trzecie jest to powieść ponadczasowa. Zawsze, w każdym niestety społeczeństwie znajdą się ofiary i kaci. Wiele domów pełnych i dziś jest cichego krzyku oraz wypełnionych łzami żon, matek i dzieci.

Ponadto również nasze społeczeństwo wbrew pozorom nie jest tolerancyjne. Poza seksizmem panuje również dyskryminacja ludzi niepełnosprawnych, mających wiele ułomności cielesnych. Przez to wyłamujących się powszechnemu modelowi piękna i sukcesu. Karą zaś staje się właśnie odrzucenie, odmawiania prawa choćby do lepszej pracy.

Wszystko to sprawia, że zarówno czytając „Panią Einstein” miałem do niej niezwykle wręcz emocjonalny stosunek. Zapada ona bardzo mocno w pamięć, serce i opanowuje dosłownie całe ciało. To powieść podkreślam DOSKONAŁA.  Jedna z tych na, którą czekałem bardzo długo. Osobom wrażliwym polecam przygotować naprawdę dużą paczkę chusteczek. Przynajmniej ja płakałem w trakcie lektury, jak bóbr.

Polecam.

 

Moja ocena 10/10

 
                                                       Źródło: Wydawnictwo Zyk Horyzont

poniedziałek, 6 marca 2017


KRÓTKA HISTORIA SIEDMIU ZABÓJSTW - MARLON JAMES



To książka, którą chciałem przeczytać od razu, jak tylko o niej usłyszałem. Świat gangsterskich porachunków na tle malowniczej Jamajki lat 1976-1991, próba zabójstwa Boba Marleya, nie wiadomo kto jest dobry a kto zły; czyż to już nie brzmi wspaniale. A do tego Nagroda Bookera 2015, wszystko razem sprawiło, że tylko czekałem aż w końcu będę mógł przeczytać „Krótką historię siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa. Zapraszam na recenzję!!

 

            Wszystko zaczyna się 2 grudnia 1976 roku,  wtedy to szefowie gangu  postanowili zabić Boba Marleya ( tu występuję jako Śpiewak). Do zamachu dochodzi następnego dnia. Siedmiu uzbrojonych mężczyzn napada  jego dom. Na szczęście jest nieudany, jednak muzyk na zawsze opuszcza  Jamajkę. Samych zaś sprawców nigdy nie ujęto. A samego zamachu nie wyjaśniono.  Jednak, tylko takie streszczenie powieści byłoby niezwykle powierzchowne. Ponieważ „Krótka historia…” to opowieść wielowątkowa, choć wszystkie one sprowadzają się do życia w świecie bestii. To historia kraju Marlona Jamesa, pokazana w sposób brutalny i szokujący. Pokazuje ją taką , jaką była bez żadnych ubarwień czy wywoływania u czytelnika sztucznych emocji. Nie ma w niej absolutnie żadnych pozytywnych postaci, każda z nich ma swoje sekrety i tajemnice. To historia ludzi skupionych wokół dwóch ugrupowań: wspomnianej przeze mnie JPP i LPN (Ludowa Partia Narodowa). To właśnie między nimi toczy się walka na śmierć i życie.

Marlon James w swojej najnowszej powieści pokazuje obraz Jamajki i jej mieszkańców w latach całkowitego chaosu, gdzie faktyczne rządy wyspą sprawują szefowie grup przestępczych; natomiast w dwóch ostatnich częściach obesrwujemy zarówno ich  losy w Stanach Zjednoczonych, jak również samych Jamjaczyków tam zamieszkających. To właśnie USA stało się ostatnim akordem ich walk. Jest to dość ciekawe o tyle, że to właśnie agenci CIA mieli aktywnie wpływać na sytuację Jamajki lat 1976-1979. Widać to na przykładzie Barr`ego Diflorio, który miał zapobiec dojściu socjalistów do władzy.   Autor powierza narrację o tych wydarzeniach różnym ludziom takim jak: prostytutka Nina Burgess, szefom gangu Papa Lo, egzekutorom mafijnym Josey Wales i Beksa oraz jego członkom Demus, Bam bam i inni. Skupieni oni są wokół gangu Kopenhaga. I właśnie do nich w praktyce należą rządy nad miastem Kingston. Ich głównym przeciwnikiem jest tzw. Babilon czyli cały system policyjny wyspy, włączając również działających na niej agentów CIA: Barry Diflorio.  Wreszcie relację o tych dniach przekazuje też: dziennikarz Alex Pierce oraz zmarły polityk sir Arthur George Jennigs. Ten ostatni zarówno wprowadza czytelnika w klimat tamtych czasów i miejsc, oraz po każdej części (poza ostatnią) kończy ją swoistą refleksją a nawet dopowiedzeniem. Natomiast każdy z tych przekazów jest inny, pokazuje zupełnie odmienny punkt widzenia na to co się dzieje, wreszcie każda z osób opowiadających próbuje się w swoisty sposób usprawiedliwić z podejmowanych przez siebie wyborów, pokazać inaczej nie mogła postąpić. To już w kwestii czytelnika jest odnieść się do tych różnych punktów widzenia na te same fakty.

Taki sposób ujęcia opowieści powoduje, że wydawać by się mogło iż centralną postacią powieści będzie Śpiewak, tak się jednak nie dzieje. Ponieważ właśnie uwaga autora skupia się na ludziach wokół niego: donów mafijnych, członków gangów, prostytutkach, amerykańskich agentach. Wszyscy oni próbują na swój sposób ułożyć sobie życie i znaleźć choćby odrobinę szczęścia w piekle, w którym przyszło im żyć.

            Autor ustami tych osób pokazał zamknięty krąg, jakie stanowiły getta. Dla ich mieszkańców nie istniała absolutnie żadna szansa wyrwania się ze świata siły i przemocy. Według moich odczuć wpływały na to przede wszystkim dwa czynniki. Raz psychologia tego miejsca, tak mocno wsiąknęła w ich psychikę, że nie wyobrażali sobie innego życia. Często pochodzili oni z tzw. dobrych rodzin, co ciekawe podobna sytuacja została później z Jamajki przeniesiona na grunt amerykański. Jeśli ktoś podjął decyzję o wstąpieniu do grupy przestępczej, to już nie było z niej wyjścia. Tylko śmierć zrywała związek z nią. Po drugie zaś sami szefowie gangów starannie zadbali, aby zdrajców przykładnie ukarać.

Jest to świat silnie zmaskulizowany. Rządzony przez mężczyzn i to oni nadają wszystkiemu główne tony. Kobiety zaś służą tylko do zaspokojenia potrzeb seksualnych ( dobrowolnie bądź po przez gwałt), dotyczy to zarówno Kopenhagi, jak Babilonu. Wśród nich były dziewczyny pochodzące z dobrych domów, często wręcz o moralności purytańskiej. Podobnie do mężczyzn muszą walczyć, aby przeżyć każdy dzień. Jeden zły wybór, znalezienie się w złym miejscu i niewłaściwej porze mogło pociągnąć za sobą poważne konsekwencje, a ich życie znajdowało się w poważnym niebezpieczeństwie

„Krótka historia siedmiu zabójstw” to powieść na wskroś realistyczna i brutalna w swoim przekazie. Pełno w niej wulgaryzmów, brakuje poszanowania nawet do osób Jezusa i Maryi, co pokazują już pierwsze strony książki. Bohaterowie przyrównują się niejednokrotnie do cierpień Chrystusa, jakie ponosił w czasie swojej Męki. Zabieg ten dodaje w moim odczuciu dodatkowej porcji przerażenia i pokazuje niejednokrotnie desperację bohaterów w obliczu ich bezsilności. James stosuje go bardzo często pisząc o śmierci, torturach, przesłuchaniach czy gwałtach; a więc można tu znaleźć dosłownie wszystko to co budzi w nas wstręt i obrzydzenie. Jednak takie potraktowanie największych świętości dla wielu osób, może spowodować w moim odczuciu, że  wrażliwsi czytelnicy mogą odebrać powieść negatywnie, a co gorsze nawet porzucić dalsze czytanie. Dlatego nie powinni się oni nawet za nią zabierać. Autor pokazuje realia swego kraju takie, jakie były. Nawet nie stara się ich upiększyć. Świat jest brutalny i taki go James pokazuje.

            Natomiast przechodząc do warstwy językowej. Wspomniałem, że autor używa niezliczonej wręcz ilości wulgaryzmów. Oczywiście występują one również w innych książkach, jednak aż takie ich naszpikowanie zdarza się rzadko. Bohaterowie mówią językiem używanym na co dzień przez przedstawicieli swojej „profesji”. Trudno więc doszukiwać się tym samym pięknej literackiej mowy. Często jest to język ludzi niewykształconych. W tym miejscu pragnę przyłączyć się do osób ślących pochwały dla tłumacza Roberta Sudoła. Wykonał on wręcz heroiczną pracę. W dialogach pełno jest błędów ortograficznych, często brakuje jakichkolwiek znaków interpunkcyjnych. Stąd w pierwszym wrażeniu może pojawić się wrażenie, że otrzymaliśmy egzemplarz przed korektą. Nic bardziej mylnego. Dopiero po uzmysłowieniu sobie sposobu wyrażania się naszych bohaterów i fakt braku ich wykształcenia, zabieg ten dodatkowo urealnia opis.  Przenosi nas do tamtych ludzi i miejsc, choć wcale nie mamy ochoty tam być. Dodatkowo musiał on zmierzyć się w swoim przekładzie również z samą gwarą jamajską, swoistymi zwrotami mowy potocznej mieszkańców wyspy, gdzie trudno znaleźć polskie odpowiedniki. Moim zdaniem jest to niewątpliwy plus i nie chcę wręcz wyobrażać sobie tekstu oryginalnego.

Inny atut stanowi zamieszczony na początku książki spis bohaterów. Niejednokrotnie ułatwił on lekturę, gdyż przy tak nagromadzonych osobach, gdzie narratorzy wspominają w swojej relacji konkretnych ludzi trudno byłoby orientować się kto kim jest. Szczególnie, ze przez prawie 750 stron przewija się aż kilkadziesiąt różnych osób.

 

            Podsumowując „Krótka historia siedmiu zabójstw” to jedna z najbardziej brutalnych książek, jakie kiedykolwiek czytałem. Zdecydowanie jest to lektura tylko dla pełnoletnich czytelników. Nie wyobrażam sobie aby dać ją dzieciom a nawet młodzieży.  Fani gangsterskich porachunków, świata mafii będą na pewno oczarowani to książką. Natomiast ci, którzy nie specjalnie lubią tego typu opowieści, mogą poczuć się rozczarowani. A zatem czy sama Nagroda Bookera jest zasłużona? W moim odczuciu tak. Jest to na pewno świeży powiew w porównaniu do literatury amerykańskiej, która po prostu na półkach księgarskich jest wszechobecna. A dodatkowo właśnie wspomniana warstwa językowa książki sprawia, że nagroda ta się jej należała. Jednocześnie pragnę naprawdę serdecznie podziękować Wydawnictwu Literackiemu za wydanie  książki. I przyłączam się do osób proszących o wydanie Bookera 2016.

Wreszcie sama powieść ma zakończenie otwarte, dowiadujemy się jaki los spotkał zarówno samego Boba Marleya, jak również jego zamachowców; jednak pojawiają się zupełnie nowi ludzie pragnących zająć miejsce dawnych donów. A sam autor daje do zrozumienia, że myśli o kontynuacji, po którą na pewno sięgnę.

Pokazany zostaje obraz Jamajki, która do tej pory wydawała mi się jedną z egzotycznych wysp i rajów turystycznych, natomiast tutaj wyspa ta przeraża i na pewno trudno będzie patrzeć na nią, jak przed lekturą powieści Jamesa.

Osobiście polecam.

 

Moja ocena: 7/10


                                                              Źródło: Wydawnictwo Literackie

wtorek, 28 lutego 2017


Wotum nieufności - Remigiusz Mróz




Mroczny świat polityki, intrygi na najwyższych szczeblach władzy,  brak pozytywnych osób to wszystko daje nam najambitniejszy projekt Remigiusza Mroza czyli „Wotum nieufności” od wydawnictwa Filia otwierający nową serię „W kręgach władzy”.  Co sądzę o niej? Zapraszam do recenzji.

 

Książka promowana jako polskie „House of cards” albo polskie pierwsze polskie political fiction. Osobiście nie przepadam za porównywaniem czegoś do czegoś. Natomiast  według mnie jest ona dobra, nie wybitna, lecz dobra.

            Remigiusz Mróz pokazuje nam fikcyjną ale jakże przypominającą nam obecną scenę polityczną. Już na pierwszych stronach zamieszczona została mapa polityczna cyklu „W kręgach władzy”. Muszę przyznać się, że bardzo ułatwiła mi lekturę. Na początku trudno było zorientować się, które ugrupowanie należy do prawicy, lewicy, liberalizmu czy konserwatyzmu. W pierwszym tomie główna walka toczy się tak naprawdę między dwoma stronnictwami: UR (Unią Republikańską) z Patrykiem Hauerem i PDP (Partia Dobra Publicznego) z marszałek Sejmu Darią Seydą. Podobnie do innych książek Remigiusza Mroza, tak i tu nie mogę zbyt wiele zdradzić, aby nie popsuć zabawy odkrywania samemu krok po kroku całej intrygi. Jedynie mogę ujawnić w zasadzie, to co pisze sam wydawca na okładce. Daria Seyda budzi się w pokoju hotelowym i zupełnie nie pamięta co działo się poprzedniej nocy, a dokładnie z ostatnich 10 godzin. Podejrzewa, ze mogła zostać wplątana w aferę  mająca na celu jej kompromitację w mediach. Wkrótce dowiaduje się o poważnej chorobie prezydenta Wimmera uniemożliwiającą mu dalsze sprawowanie powierzonej funkcji. Tym samym rozpoczyna się ostra i bezkompromisowa walka o najważniejszy w kraju  urząd.

Podczas kampanii zaczynają pojawiać się dziwne i zarazem tragiczne wydarzenia naprowadzające na trop czy coś przypadkiem się za nimi nie kryje. Mogą one bowiem bardzo pomóc jednej partii a zdyskredytować konkurenta. W rozwiązanie zagadki angażuje się zarówno Patryk oraz pani marszałek. Oboje bowiem mają największą szansę wygrania wyborów. 

O ile moje pierwsze spotkanie z tym autorem w cyklu o Joannie Chyłce było wręcz rewelacyjne to tym razem czułem pewien niedosyt.

Przez pierwsze kilkanaście stron byłem  wręcz zelektryzowany, z wypiekami na twarzy śledziłem co dalej się wydarzy. Niestety, potem do około 200 strony przychodziły już chwile znużenia i bardzo trudno było mi się wczuć w akcję. Przypominało mi to coś w rodzaju: na początku istne trzęsienie ziemi tylko czekałem kiedy wybuchnie bomba a potem knot powoli wygasał, aby jednak później rozpalić się i wybuchnąć z całą mocą. Właśnie po przekroczeniu tej magicznej wręcz u mnie 200 stronnicy powieść wciągnęła mnie bez reszty.

 Taki odbiór mógł  być poniekąd spowodowany, że czytając  książkę ma się wrażenie obserwowania znanych z mediów przepychanek i kłótni politycznych. Dopiero w dalszych partiach powieści wszystko nabrało żywszych rumieńców, gdy wszystkie początkowe elementy układanki zaczęły się łączyć ze sobą w jedną całość. Tym samym nie polecam akurat tej pozycji Mroza, jako lektury na odprężenie, przynajmniej ja musiałem się przy niej bardzo skupić, aby nie zgubić żadnego wątku.

Jednak mimo to  czyta się dobrze, mamy dobry styl, świetne dialogi a więc pewnego rodzaju to co wyróżnia książki Remigiusza Mroza.

            Kolejną kwestię, którą chce poruszyć stanowi właśnie owe porównania, o których wspomniałem na początku recenzji. Jeśli chodzi o „House of cards” trudno mi się do tego odnieść ponieważ nie czytałem ani książki ani nie oglądałem serialu. Ale jeśli jest ono chociaż tak dobre, jak „Wotum…” to istnieje duża szansa, że może mnie zainteresować.

Natomiast co do osób oczekujących dreszczowca, akurat przy tej książce mogą się poczuć nieco rozczarowani. W moim odczuciu mamy bardziej pozwolę sobie nazwać polską polityczną powieść obyczajową. Mróz doskonale pokazuje do czego może być zdolny człowiek w walce o władzę. Na pewno sama groza płynie z obserwacji mrocznej natury ludzkiej.

W „Wotum nieufności” próżno szukać pozytywnych bohaterów. Każdy z nich skrywa tajemnicę, która może go skompromitować w oczach opinii publicznej a rywal nie cofnie się przed niczym aby ją odkryć i ujawnić. I znów  rodzi się problem, że nie chcąc robić spoilera nie mogę za wiele napisać.

W każdym razie ludzie z cyklu „W kręgach władzy” to osoby o silnej osobowości, uparcie dążące do celu. Ludzie, którzy kochają a zarazem z tą samą siłą potrafią nienawidzić i walczyć z przeciwnikiem politycznym. Są dokładnie tacy, jakich najbardziej lubię. Tylko tak skonstruowani bohaterowie zapadają najmocniej w pamięć czytelnika.

Nie ukrywam, że cała moja sympatia należała do Darii Seydy, mam przy tym wrażenie, że to właśnie ona może okazać się w kolejnych tomach postacią powiedzmy w miarę pozytywną. Podczas lektury kibicowałem jej podczas kampanii, podziwiałem starania o uniezależnienie się od lidera PDP, a jednocześnie współczułem odkrywając z nią rodzinną tajemnicę.

Jeśli zaś chodzi o bohatera, który najbardziej mnie wręcz irytował to zdecydowanie Patryk Hauer. Człowiek żyjący w wiecznym strachu i niepewny siebie, kompletna marionetka w rękach żony Mileny, razem z nią zdolny do najgorszych podłości i najbardziej nieczystych zagrywek. Miałem wrażenie, ze w zamysłach Remigiusza Mroza  właśnie on miałby być po jasnej stronie mocy, ale sam miałem co do tego poważne wątpliwości. Zadawałem sobie jedynie pytanie dlaczego autor akurat tak pastwi się nad nim.

            Kolejny plus powieści to wręcz fenomenalne odzwierciedlenie dzisiejszej sceny politycznej. Tak, tak to co na początku wydawało się jej wadą, w ostateczności okazuje się ogromnym atutem. Wiele książkowych wydarzeń łudząco wręcz przypomina informacje o których słyszymy w telewizji bądź radiu i czytamy w prasie. Wystarczy wspomnieć sprawę budowy w Polsce rurociągu gazowego, wybory prezydenckie w USA i reakcje na wybór Donalda Trumpa.

Czytając „Wotum…” miałem wrażenie, jakoby Mróz obserwując wszystko to co obecnie dzieje się w kraju i na świecie wprowadzał to do swojej powieści. Dlatego radzę przeczytać książkę, dopóki wiele spraw jest świeżych bo może wkrótce okazać się, że sprawy o których pisze autor, jest już po prostu nie aktualne. W właśnie ten element zastosowany przez pisarza nadaje całości cechy większej realności. Czytelnik ma wrażenie, jakby wszystko śledził na żywo.

            Na koniec wspomnę, że na sam koniec dostaje się po prostu obuchem po głowie i zakończenie jest iście mroźne.

            Podsumowując „Wotum nieufności”, jak wspomniałem jest powieścią dobrą. Nadal u mnie bez apelacyjnie numerem jeden pozostaje Joanna Chyłka, i zaraz za nią Wiktor Forst. Natomiast Daria Seyda ma wiele szans aby zająć miejsce w ścisłej czołówce.

Sama książka, o czym pisałem na początku, stanowi najambitniejszy projekt Remigiusza Mroza i co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Mam wrażenie, że zapowiada się naprawdę świetny cykl. A samo „Wotum…” stanowi jedynie preludium do większej całości o I coś czuje, że kolejne tomy mogą wywołać u mnie owo wow na które czekałem teraz.

Polecam.

Moja ocena 7/10


                                                          źródło: Wydawnictwo Filia