czwartek, 28 sierpnia 2025

ESESMAN I ŻYDÓWKA, JUSTYNA WYDRA

Ach, te wojenne dramaty i miłość. Zakazane uczucie, które nie miało prawa mieć miejsce. Nic więc dziwnego, że Justyna Wydra Esesmanem i Żydówką z miejsca mnie kupiła.


Kwiecień 1943 rok. W wyniku likwidacji krakowskiego getta tamtejsza ludność w wagonach bydlęcych została wywieziona do Auschwitz. Jedynie młoda Żydówka Debora wyskakuje z pociągu i ze złamaną nogą ukrywa się w krzakach. Tam zastaje ją Bruno Kramer, oficer SS. Co powinno już oznaczać śmierć dziewczyny, przybiera nieoczekiwany obrót. A drogi Debory i Bruna nie raz przetną się w dramatycznych okolicznościach.


Nie jest żadną tajemnicą, że mam ogromną słabość do wojennych opowieści, zwłaszcza z wątkiem żydowskim. Przede wszystkim porusza mnie gehenna ludzi, walka o przetrwanie i próba zachowania człowieczeństwa w obliczu wszechobecnego bestialstwa. A historia opowiedziana w Esesmanie i Żydówce idealnie wpisuje się w ten nurt. Tu gra toczy się o najwyższą stawkę, tu niebezpieczeństwo jest nieustannie na wyciągnięcie ręki, a świadomość kontaktu i pomocy temu, kto winien być traktowany jak wróg jest wciąż obecne. Na tym Justyna Wydra buduje opowieść w której przeszłość i teraźniejszość przeplata się ze sobą. Z losów pary bohaterów sprzed 1943 poznajemy ich jacy byli przed powszechną katastrofą, jak również ich relacje łączące ich z bliskimi. Dwie osoby całkowicie inaczej wychowane, wyznające odmienny światopogląd. Z jednej strony Debora wiodące zwykłe życie pełne marzeń o przyszłości, z drugiej Bruno z każdym dniem zafascynowany siłą i ideologią narodowego socjalizmu. Wraz wybuchem wojny nie tylko ich sposób postrzegania świata, ale oni sobie wystawieni zostają na dokonanie tego jednego wyboru, od którego zależy dosłownie wszystko. Zarówno z bliska przyglądamy się konspiracji, jak również szeregom SS i na tym tle rodzącą się miłość. Ta zakazana, ta którą trudno zaakceptować, ale nie dająca się stłamsić tym, co stoją po przeciwnych stronach barykady. Tylko, czy wobec okrucieństwa wojny i nowego powojennego porządku, uczucie kochanków ma szansę przetrwać?


To, co urzeka najmocniej w tej powieści to Debora i Bruno. Dwoje, samotnych ludzi, których spotkało coś, czego nigdy by się nie spodziewali. Niejednokrotnie w próbie zachowania człowieczeństwa, zmuszeni są postąpić wbrew regułom, wbrew otoczeniu. Nieustannie prześladuje ich widmo śmierci, mimo to nieustannie ich drogi krzyżują się. Przyciągają siebie niczym magnes. Tylko będąc we dwoje mogą zapomnieć chociaż na chwilę o wszechogarniającym piekle.


Powieść stanowi typowy romans historyczny, który z ogromnym realizmem oddaje realia epoki. Justyna Wydra z ogromną czułością, delikatnością snuje opowieść o miłości. Jednocześnie nikogo nie ocenia, każdemu daje szansę na przedstawienie własnych racji. Niewątpliwie bardzo mocno angażuje emocjonalnie czytelnika. I może zwłaszcza w pierwszej części nie ma zbyt wiele fajerwerków, to jest poprawnie napisana historia oddająca życie i uczuciowe zmaganie się dwójki ludzi, którzy mogą liczyć tylko na siebie. Esesman i Żydówka w pełni rozbrzmiewa i nasuwa mnóstwo myśli o powieści wtedy, gdy pada ostatnie zdanie.


Polecam. 

Moja ocena 7/10



               Wydawanictwo Zysk i S-ka 

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

CÓREŃKA MEGAN MIRANDA

Rodzinne opowieści mogą być albo pełne obyczajowych wzlotów i wzruszeń, albo mroczne i niebezpieczne. Do tych drugich należy Córeńka Megan Mirandy.


Hazel Holt niechętnie po latach wraca do rodzinnego małego miasteczka. Niedawno umarł jej ojciec, a odziedziczony w spadku dom budzi niezażegnany konflikt z bratem. Wraz z powrotem odżywa pełna brudów przeszłość rodzinna, którą bezskutecznie chciano pogrzebać. A to dopiero początek kłopotów.


Na początek warto spróbować zaklasyfikować powieść. Wymyka się z ram typowego domestic thrillera. Najbardziej adekwatnym jest określić go jako family thriller. Thriller rodzinny pełny cieni przeszłości, brudów i błota, które okleja bohaterów. Na dodatek otrzymujemy małe prowincjonalne miasteczko Mirrow Lane zmagające się z suszą. I ten element jakby z miejsca nadaje ton. Wyschło jezioro, a wraz z nim dosłownie i przenośnie odżywają trupy. Panuje duchota i właśnie taki duszny klimat pełen duchów i rodzinnych waśnie nadaje Megan Miranda. Jest lepki, wydobywa to wszystko z czym próbowano się zmagać. A przede wszystkim przychodzi się zmierzyć z legendą ojca i jego nieskazitelnym obrazem. Każde z rodzeństwa zmaga się na swój sposób. Z jednej strony synowie zmarłego, którzy najchętniej chcą brudy ukryć kontra tytułowa córeńka dążąca do poznania prawdy za wszelką cenę, nawet jeśli będzie bolesną, jak zniknięcie jej matki. Za nią bowiem ciągną się grzechy przeszłości. Tak jak przeciąga się susza, tak powolnie toczy się akcja. Wręcz usypia, ale niepostrzeżenie budzi wraz z wyjściem na jaw nowych sekretów rodziny Holtów. Wraz z bohaterami taplamy się w błocie, a jednocześnie piasek odkrywa to, co przez lata było przemilczane. Niczym burza piaskowa niszczy i rozkłada relacje rodzinne. Rozgrzewa się konflikt wraz z suszą. Czekamy na ten kulminacyjny moment wraz z opadem deszczu. Gdy przyjdzie, przyniesie oczyszczenie.


To, czym wyróżnia się Córeńka to pełna niepokoju atmosfera. Intryguje tym, jaki będzie finał opowieści. To ten typ powieści, w którym pod wolnym tempem i rozwojem konfliktu między rodzeństwem wychodzi na jaw to, co powinno być przemilczane. Może nie ma fajerwerków, ale otrzymujemy poprawnie napisaną historię, którą śledzimy z zainteresowaniem. Zakończenia natomiast jest dość nieprzewidywalne i dopiero ono trzyma w napięciu. Miranda najmocniej daje do myślenia po skończonej lekturze. Dopiero wówczas rodzi się moment refleksji nad całością i ogólną oceną powieści.


Polecam. 

Moja ocena 6/10



          Wydawanictwo Czwarta Strona 

piątek, 22 sierpnia 2025

MROCZNY PIĄTEK: ZAGINIONA DZIEWCZYNA, SIMONE ST. JAMES

Bardzo lubimy opowieść o duchu. Oczywiście takim prawdziwym duchu, który straszy i mrozi krew w żyłach. Taki właśnie pojawia się w Zaginionej dziewczynie Simone St. James


April i Eddie są świeżo upieczonym małżeństwem, które wyruszyło w podróż poślubną. Ich spokój zostaje przerwany wraz z pojawieniem się autostopowiczki. Twierdzi, że ktoś chce ją zabić i zaraz po wejściu do samochodu w ich stronę padają strzały i tajemnicza nieznajoma ginie. Głównymi podejrzanymi zostają April i Eddie, kiedy podejmują własną próbę poznania, kim była spotkana na drodze kobieta, natykają się na legendę Zaginionej dziewczyny. Ducha, który zabija tych, co szukają błąkają się samotnie na drodze. 


Nie ma to, jak takie pełnokrwiste opowieści o duchu. Nie ma znaczenia czy kryje się między ścianami, krąży po korytarzach, czy błąka się po drodze. Zawsze poluje, zawsze żądny jest ofiar. Taki właśnie pojawia się u Simone St. James. Duch Zaginionej dziewczyny to niebezpieczny łowca, który poluje na tych, co znajdą się na szosie i szukają podwózki, jak i samych kierowców. Pewne jest, że każdy kto go spotka ginie. I to właśnie w tej powieści straszy najbardziej. Zwłaszcza, że krąży on wokół małego miasteczka Atticus Line od kilkudziesięciu lat i wciąż głodna jest krwi. Od trzydziestu lat na tej samej drodze giną ludzie i policji nie udaje się wyjaśnić tajemnicy ich śmierci. Czy rzeczywiście mamy morderczą zjawę, a może mordercę z krwi i kości. To na tej niepewności balansujemy bardzo długo i to też rodzi niepokój. Niemniej jednak to właśnie Zaginiona dziewczyna zawsze, gdy pojawi się budzi strach. Stanowi ona może lokalne podanie, próbę wyjaśnienia zagadkowych śmierci, a może rzeczywiście od lat krąży ona po szosie? Jedno jest pewne, jest bezlitosna, wprowadza w majaki ofiarę, czym ją czyni bezwolną, zwodzi na manowce i biada tym, co ją spotkają. Dodatkowo tym, czym St. James straszy to atmosfera osaczenia, wrogości miejscowych do młodej pary. Niemożliwość oczyszczenia się z zarzutów i świadomość, prawdziwy potwór może zaatakować w każdej chwili.


Zaginiona dziewczyna balansuje między dreszczowcem, a horrorem. Tym ta powieść zachwyca najmocniej. Swoisty miszmasz, który przeplata się i trzyma w napięciu do samego końca.


Polecam. 

Moja ocena 7/10



                  Wydawanictwo Mova

środa, 20 sierpnia 2025

Żywe istoty, Iida Turpeinen

Zawsze powtarzam, że z Serią Dzieł Pisarzy Skandynawskich nie można popełnić błędu i zawsze to sprawdza się w praktyce. Nie inaczej jest z ŻYWYMI ISTOTAMI Iidy Turpeinen.


W 1741 roku wyrusza wyprawa na Kamczatkę kapitana Beringa. Na statku znajduje się również niemiecki przyrodni Georg Wilhelma Steller. Docierają na zupełnie nie znany obszar zamieszkamy przez nie poznaną wcześniej istotę. Potężne zwierzę, troszkę śmieszne, ni to wieloryb ni to foka nazwane zostaje przez Stellera krową morską. Jest ono tak fascynujące, że nie tylko biolog ale załoga statku zaczyna pilnie je obserwować, a sam Steller prowadzi badania nad nim. Z czasem staje się ssak morski stanie się legendą, która przetrwa stulecia.


Niestety obecnie krowa morska, zwana przez swą budowę również syreną morską wymarła. Nie mniej jednak odkrycie jej uratowało wyprawę Beringa przed szkorbutem. Paradoksalnie to właśnie człowiek, którego przedstawiciel fauny morskiej uratował, w przeciągu zaledwie trzech dekad położył kres istnieniu tego łagodnego zwierzęcia. Fakt ten udowadnia po raz kolejny, że największe niebezpieczeństwo dla przyrody stanowimy my sami. Iida Turpeinen sprytnie wykorzystuje wymarłe gatunek do pokazania wpływu człowieka na przyrodę. Niby dość znany problem dla ekologów, a jednak snuje opowieść w której fakty mieszają się z fikcją i nie sposób wyznaczyć dla nich granicy. Przemierzamy z nią trzy stulecia w trakcie których zmienia się świadomość i stosunek człowieka do świata przyrody. Od bezmyślnego eksploatowania, wręcz potężnej w swym rozmiarze ekspansji przez budowanie mitów o wyginionym gatunku, po rekonstruowanie tego, co bezpowrotnie utraciliśmy. Każda z trzech części powieści spaja właśnie przykład krowy morskiej, staje się ona pretekstem do szeroko pokazanego przez Turpeinen przesłania i ostrzeżenia. Śledząc losy czy to samego Georga Wilhelma Stellera i wyprawy Beringa, która nie tylko odkryła nie znane wcześniej zwierzę ale też dotarła do nowej ziemi, czy gubernatora Alaski z jego rodziną, wreszcie po współczesne muzealnictwo widać najpierw bezmyślnie niszczenia ekosystemu, potem zaś próbę odzyskania tego, co już utracone. Od braku szacunku dla tytułowych żywych istot, poprzez budowanie związanej z nimi legendy, do  rekonstruowanie ich wyglądu. Fińska autorka tym samym porusza temat ekologii, ale jednocześnie bez moralizowania, bez oceniania kogokolwiek. Z jednej strony mamy powieść historyczną, z drugiej zaś z przyrodniczą z głośno rozbrzmiewającym ostrzeżeniem. Historia wyprawy Beringa staje się przestrogą przez zawłaszczanie świata przyrody z jego mieszkańcami. Takie działanie doprowadza po prostu do zgładzenia zwierząt, które bez poznania człowieka, mogłyby żyć dalej. Obserwujemy jak zmienia się nasza postawa od kata, po rekonstrukatora. Od żywych istot, po ich szkielet. Iida Turpeinen otacza nas nostalgią, która prowadzi do przemyśleń relacji człowiek środowisko. Co ciekawe główny bohater powieści, którym jest bez wątpienia krowa morska przemyka się nam niczym cień, swoisty duch, który fascynuje i niepokoi zarazem pytaniem dokąd zmierzamy i co po nas zostanie dla przyszłych pokoleń.


Biorąc pod uwagę obecne zmiany klimatyczne, głośno brzmiący temat ekologii, to Żywe istoty Iidy Turpeinen wpisują się w ten głos. Może pierwsze strony nudzą, nie od razu zamysł autorki jest zauważalny, jednak bardzo szybko dajemy się wciągnąć w opowieść, która nie tyle ma być sentymentalna, co stanowić przestrogę dotyczącą wpływu, jaki mamy w kwestii wymierania kolejnych gatunków zwierząt. Kiedy zaś skończy rabunkowa eksploatacja natury, to kto będzie zagrożony wymarciem?


Polecam. 

Moja ocena 7/10



                Wydawanictwo Poznańskie 

sobota, 16 sierpnia 2025

DZIWNE OBRAZKI, UKETSU

Nie od dziś wiadomo, że japoński kryminał oznacza powieść chorą na głowę. Wyjątku nie stanowi fenomen kryminalny Dziwne obrazki Uketsu.


Słowem wstępu Uketsu jest pseudonimem osoby, o której dosłownie nie wiemy nic. Nie znamy twarzy, płci ani wieku. Kompletnie zero. Jedyne, co wiemy to, że okrzyknięty został fenomenem powieści gatunkowej.


Już podczas lektury wiedziałem, że karkołomnym zadaniem będzie opowiedzieć o Dziwnych obrazkach. Kilka zdań o fabule. Mamy do czynienia z serią zabójstw, do których kluczem do rozwiązania są tytułowe dość tajemnicze rysunki. Jakby namalowane ręką dziecka, zawierają zakodowane przesłanie. Jednocześnie za każdym razem związane są z rodziną. A to para zakochanych, a to matka samotnie wychowująca dziecko, a to śmierć w górach profesora plastyki, wreszcie historia pewnej dziewczynki i tego, kim stała się w dorosłym życiu. Pozornie niezwiązane ze sobą, a gdy otrzymujemy odpowiedź w sprawie tych śmieci, po prostu szczęka opada.


Nie tylko mamy do czynienia z powieścią kryminalną, ale wręcz detektywistyczną, gdzie tropy mające naprowadzić na rozwiązanie zagadki. Niepokojące rysunki, rozkłady dnia, analizowanie podejrzanych, łamigłówki literowe, które okazują się w przypadku pisma japońskiego mocno bogate i pomysłowe. Najlepsze w tym jest, że nie zawsze nasza uwaga ukierunkowana zostaje na najszybsze obroty. Uketsu bardzo umiejętnie ją usypia, w przytaczaniu sporych fragmentów obyczajowej opowieści, aby w najmniej spodziewanym momencie znowu wyrwać ze stanu uśpienia. Nie ma co liczyć na fory. Co to to nie. Sami musimy rozwiązywać zagadkę, analizując wszystko to, co zostaje nam podsuwane. Tu bowiem nie chodzi o samą akcję, ale napięcie i niepokój. Już pierwszy trop w postaci zakończenia pisania bloga wyostrza nasze zmysły. A potem nie wiadomo kiedy zaczynamy chorą na głowę grę z Uketsu. A on po mistrzowsku zwodzi, myli tropy, miesza zagadki, by ostatecznie pokazać szerszy zamysł, który mu towarzyszył.

Otrzymujemy jednocześnie klimat Japonii. Z jej kulturą i codziennością. A ciekawostek jest cała moc. Przez zwyczaje, pismo, zwykły dzień Japończyków.


Dziwne obrazki to powieść wyrafinowana, zupełnie niespotykany format w literaturze gatunkowej. Sam czytelnik staje się śledczym, który musi rozwiązać kryminalne łamigłówki. Mamy mieszankę powieści obyczajowej z kryminalnymi łamigłówkami, które od początku budzą nasze szare komórki. Nie pamiętam, kiedy wcześniej miałem taką frajdę z czytania kryminału. Kiedy kompletnie nie mogłem połapać się w tym dokąd idę i dokąd dojdę. Ja jestem w pełni usatysfakcjonowany.


Polecam. 

Moja 9/10



              Wydawanictwo Czarna Owca 

piątek, 15 sierpnia 2025

MROCZNY PIĄTEK: NIEBIESKIE SOCZEWKI I INNE OPOWIADANIA, DAPHNE DU MAURIER

Rzadko, ba nawet bardzo rzadko sięgam po opowiadania. Przede wszystkim trudno mi wczuć się klimat opowieści, stąd też wolę dłuższą formę. Kiedy jednak chodzi o kogoś takiego, jak Daphne du Maurier nie ma co się nawet zastanawiać, tylko czytać. A Niebieskie soczewki przełamały z miejsca moją ostrożność w stosunku do opowiedań. 


Otrzymujemy osiem całkowicie różnych historii. W Alibi śledzimy urzędnika, który to trafia do domu samotnej matki i jej dziecka. Postanawia ich zabić i tak powstaje jego diaboliczny plan działania. Zaraz potem owiani zostajemy klimatem light grozy za sprawą przewodniego opowiadania zbioru Niebieskie soczewki. Poznajemy w nim pacjentkę po operacji oczu, której przytrafia się coś zupełnie koszmarnego, a co bezpośrednio dotyczy jej wzroku. Nieco nutki obyczajowej pojawia się w Ganimedesie, tu angielski profesor udaje się w podróż do Wenecji, która na zawsze zmieni jego życie. Staw zaś przenosi w świat dziecięcej wyobraźni i tego, do czego jest w stanie doprowadzić. Inne opowiadanie, na które szczególnie warto zwrócić uwagę to Arcyksiężna i pojawiająca się w nim kraina, którą wstrząśnienie rewolucja. Cel, to zdobycie wiecznej młodości.


To co łączy wszystkie opowieści, to człowiek z jego ambicjami i obsesją. Każdy tekst bezpardonowo zrywa przybieranie maski i odsłania to, kim na prawdę są bohaterowie. A może i my sami. Najbardziej widać to w Niebieskich soczewkach, w których to można zastanowić się, czy to co widzi kobieta po operacji wzroku jest prawdą, a może tylko złudzeniem. Czytając każde z opowiadań w prawdzie nie odczuwamy lęku, tu nic nie straszy, ale za to piekielnie niepokoi. To właśnie niepokój spaja całość tomu. Przede wszystkim dotyczy to napotykanych ludzi i tego, kim mogą okazać się w rzeczywistości, ale również to, do czego zmierzamy i finał opowieści. On nie zawsze też dostarczy jednoznacznych odpowiedzi. Granica między absurdem, a rzeczywistością jest cienka. Groteska, którą posługuje się Daphne du Maurier służy jej za skalpel. Rozcina powłokę, by wydobyć to wszystko, co tkwi w jej bohaterach. Ich lęki, prawdę o nich, której pewnie sami się nie spodziewają.

To co wyróżnia Niebieskie soczewki i inne opowiadania to również klimat. Raz jak w Alibi duszny, po gorące słońce Włoch i zmysłowość w Ganimedesie. Błyski fleszy i życie pod obserwacją w Groźnym, po górski krajobraz Polowania.


Daphne du Maurier, a wraz z nią my poruszamy się między tym, co widzimy na pierwszy rzut oka, a tym co nieuchwytne. W każdym tekście jest ona subtelna, a zarazem bezlitosna i konfrontuje czytelnika z nim samym. Z jego wyobcowaniem, samotnością, lękiem i pragnieniami. Tak na prawdę nie jest ważne to, co obserwujemy w każdej z historii, ale to co tkwi między słowami. Z tych niedopowiedzeń i pozornej tylko monotonii opowiadania.


Z pewnością nie da się wartko przebrnąć przez ten tom. Trzeba do każdej opowieści podchodzić z otwartym umysłem i sporą uwagą. Czasem zaś okaże się, że może i my tkwimy między iluzją a rzeczywistością. Potrzeba tylko odpowiednich soczewek, by zobaczyć jak wygląda prawda o nas samych. 


Polecam. 

Moja ocena 8/10



                  Wydawanictwo Albatros 

wtorek, 12 sierpnia 2025

CYKL O JAKUBIE KANI, MACIEJ SIEMBIEDA

Zagadki kryminalne z historią w tle są w sam raz dla prokuratora IPN, Jakuba Kani bohatera serii Macieja Siembiedy. W skład, której wchodzą: 444, Miejsce i imię, Wotum, Kukły, Kołysanka, Orient i najnowszy tom Sobowtór.


Jakub Kania od zawsze miał smykałkę detektywistyczną i zamiłowanie do zgłębiania historii. Skończył prawo i po przetarciu prawniczego świata, ostatecznie został prokuratorem pracującym w IPN, aby ostatecznie być ekspertem od fraudu w firmie ubezpieczeniowej. Wychowany przez surową babkę Kaszubkę nabrał własną hierarchii wartości, której jest zawsze wierny, nawet gdy nie bardzo mu się to opłaca. To on wspólnie z charyzmatycznymi kobietami u jego boku będzie rozwiązywał zagadki kryminalne związane z dziełami sztuki. Zmierzy się między innymi z kodem zawarty w obrazie Matejki, sprawami z czasów II wojny światowej czy zamachem na obraz Matki Bożej Częstochowskiej. poszukiwaniem legendarnego Orient Expresu i kwestią fałszerstwa dzieł renesansowego malarza Hobleina Młodszego.


Brytyjczycy mają Sherlocka Holmesa, my zaś naszego Jakubę Kanie. Detektywa z intuicją, medialną gwiazdę i nieustępliwego w dążeniu do prawdy. Dołożywszy do tego, że jego sprawy związane są z dziełami sztuki, nie bez powodu Maciej Siembieda nazwany został polskim Danem Brownem. Podobieństwo widać to, że natykamy się na tajemnicze stowarzyszenia. Raz na przykład nie chcą dopuścić do spełnienia się proroctwa o pojednaniu chrześcijaństwa z islamem, albo związane są walką z obrazami Czarnej Madonny. Jednocześnie Siembieda po mistrzowsku łączy sensację z historią wydobywając z niej zupełnie nieznane fakty, które poddaje dogłębnej analizie. Na tej bazie buduje pełną napięcia opowieść. A to sięga po stowarzyszenie z czasów Jana Kazimierza związanego z ikoną częstochowską i zagadką kopii najważniejszej dla Polaków świętości. Innym razem odsłania kulisy poszukiwania zaginionego Orient Expresu, czy słynnego sobowtóra renesansowego malarza.


Otrzymujemy jednocześnie bohatera, którego poznajemy stopniowo. Zastajemy go jako gwiazdę IPN twardo stąpającego po ziemi i niepoddającego się wpływom legend. Z czasem coraz bardziej dąży do wyjaśnienia tego, co z pozoru niemożliwe. Jednocześnie poznajemy jego trudne dzieciństwo, widzimy go jako męża i ojca. Z Kanią sprawa wygląda tak, że nie od razu daje się z nim zaprzyjaźnić. Potrzeba czasu, którego Maciej Siembieda nam sporo daje. Tego faceta trzeba poznać, aby dopiero docenić. To, co sobie cenię w tej serii to Kuba wyrasta na gwiazdę mimo woli. On wcale do tego nie dąży, nie konkuruje o zainteresowanie czytelnika z prowadzoną sprawą. To historia i jej sekrety są na pierwszym planie. Razem z nim zgłębiamy ją i jednocześnie wyłania  wiele ciekawostek. On zaś pozwala się prowadzić przez jej meandry. Jakub to śledczy inny od tych spotykanych w literaturze gatunkowej. Zamiast wertowania akt, pogoni za mordercą, on zmaga się z tymi, którzy dopuszczają się przestępstw z wykorzystaniem często sztuki. Zamiast broni, gromadzi książki i materiały źródłowe dotyczące sprawy. Jednocześnie towarzyszą mu nietuzinkowe partnerki. A to na przykład oficer ABW z trafiającymi w punkt radami, albo przebojowa dziennikarka. Jedno jest pewne z Kanią nuda nie grozi.


Cykl o Jakubie Kani jest nierówny, nie we wszystkie tomy jest łatwo o zaangażowanie. Moi ulubieńcy to najnowszy Sobowtór, potem Miejsce i imię, na trzecim miejscu Kołysanka. Wyróżnić trzeba również fenomenalny Orient. Potem już są wszystkie pozostałe tomy. Maciej Siembieda łączy ze sobą powieść sensacyjną z historią, w której pierwsze skrzypce grają dzieła sztuki powiązane z religią, czy polityką. Jednak u niego historię tworzą ludzie z konkretnym zamiarem. Nic zatem dziwnego, że Kania w jednym ze śledztw zastanie w trumnie zamiast zwłok, kukły. Zamieszani są w spiski, kierują się chciwością posiadania unikatowego diamentu, czy jak w ostatnim dotychczas tomie będącym sobowtórem malarski renesansowego mistrza. To oni nadają tępo, wokół nich zagadka zagęszcza się. To oni są przeciwnikami naszego rodzimego Indiana Jonesa, czy jak to woli Sherlocka Holmesa. Nic zatem dziwnego, że Maciej Siembieda ze swoim Jakubem Kanią stał się marką samą w sobie, która dostarcza z każdym kolejnym tomem nowych fanów.


Polecam. 

Moja 8/10



 







                   Wydawanictwo Agora